sobota, 4 stycznia 2020

Krasnoludki


Robię zdjęcia na wielkim koncercie. Same muzyczne sławy, ogromna hala wypełniona słuchaczami. Uśmiecham się na widok dwumetrowego fotografa, który zawsze wszystkich wita pierwszy (niekoniecznie ich znając) i nigdy (no, może raz) nie wlazł mi w kadr. Albo na widok innego z braci aparackiej, który lekko się spłoszył, kiedy zorientował się, że widzę, jak śpiewa pod nosem (w sumie żaden wstyd). Wiem, że drobna blondynka, która przemyka pod sceną, zrobi przepiękną galerię.

A w pewnym momencie myślę z wdzięcznością o tych, których nie widać, których nazwiska nie pojawią się na plakatach. O tych, którzy dbają o to, by muzyka była dobrze słyszalna w każdym kącie, a jednocześnie o to, by nie ogłuchł ktoś, kto przypadkowo stanie przy głośniku. O tych, którzy przygotowują światło tak, że nie oślepia artystów ani widzów, ale współgra z tym, co się dzieje na scenie. O tych, którzy wydają płaszcze w szatni tak sprawnie, że na tramwaj nie spóźniłam się ani ja, ani dwie nobliwe już damy.

A do tego ktoś, kto załatwia bilety dla tych, których niekoniecznie stać. I inne osoby zaangażowane w organizację wydarzenia u nas w mieście (do zdjęcia strojące głupie miny, żeby ktoś sobie nie pomyślał, jakie to one wielkie).

Gromady niewidocznych krasnoludków.

Kto bowiem z najczystszą miłością pracuje dla Boga, nie tylko nie chce, by to ludzie widzieli, lecz nawet nie pragnie, by sam Bóg o tym wiedział, i owszem, choćby się Bóg o tym nigdy nie dowiedział, on nie zaprzestałby spełniać nigdy tych czynności z tą samą radością i miłością bezinteresowną.
św. Jan od Krzyża

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza