sobota, 12 sierpnia 2017

Zakopane


W książce "Jesteś piękna, nawet jeśli tego nie widzisz" Anna Lasoń-Zygadlewicz stawia przed czytelniczkami pewne zadanie: odnaleźć w długiej liście różnych umiejętności swoje własne dary. Dla osoby z trudną historią nie jest to takie łatwe. Pamiętam, jak sama w czasie, kiedy chodziłam o kulach, a w dodatku przeżywałam opuszczenie przez kogoś bardzo bliskiego, czułam się jak... potwór. Pan Bóg ma poczucie humoru - po jakimś czasie postawił na mojej drodze zapalonych fotografów. I ja, która nie cierpię własnych zdjęć, musiałam przyznać, że nie na wszystkich wychodzę jak potwór, a na niektórych nawet - całkiem nieźle. 
Nasz Stworzyciel jest specjalistą od wyciągania darów, które w nas złożył. On nie sieje skąpo.
Rozmawiam z zaprzyjaźnioną karmelitanką. W domu nasłuchała się, że ma dwie lewe ręce, więc lepiej niech nie wchodzi do kuchni, a w ogóle po co jej to pianino i te rysunki, to się do niczego nie przyda. W zakonie okazało się, że... świetnie gotuje, umiejętność gry na pianinie przydała się do grania na organach, a już wkrótce chętne siostry przejdą warsztaty pisania ikon - i oczywiście, że jest pierwsza do tego!
Ja za to od mojej rodzinki (bliższej czy dalszej) słyszałam, że pisząc, marnuję tylko papier, a z tych moich zainteresowań historycznych to chleba nie będzie. Hm... Pan Bóg dał, że od jakiegoś czasu zarabiam na chleb właśnie poprzez pisanie (z tymi książkami to w ogóle niespodzianka, ale już wcześniej były artykuły), a żywoty świętych, o których piszę, zawsze są osadzone w jakichś realiach... no właśnie - historycznych!
Ksiądz Ruotolo Dolindo uważał się za zwyczajnego głupka (tak też o sobie pisał) - tymczasem jego trudności w uczeniu się wynikały z przesadnie surowego wychowania i ogromnego stresu, jakiemu był poddany w domu rodzinnym. Kiedy w seminarium Pan w cudowny sposób go uzdrowił, okazało się, że tematykę teologiczną łapie w lot (potem napisze obszerne komentarze do wszystkich ksiąg Pisma Świętego), a oprócz tego... będzie pięknie grać na organach i komponować własne utwory. 

Pomyśl, że jesteś jak Sezam, w którym Bóg zdeponował wiele skarbów, do użycia we właściwym czasie. To właśnie jest twoje najgłębsze piękno, dlatego warto mu się uważnie przyjrzeć.
A. Lasoń-Zygadlewicz

czwartek, 10 sierpnia 2017

Światełko w tunelu

"Czy wszystko już dla mnie stracone, skończone..."* - ostatnio koleżanka przeżywa porzucenie przez kogoś, w kim pokładała dużo nadziei. Mówię jej - z własnego doświadczenia - że jeszcze będzie szczęśliwa. Nawet jeśli nie będzie tak, jak by teraz chciała. Jest Ktoś, kto leczy serce i wskazuje nowe możliwości. "Bo i na morzu wytyczyłeś drogę, wśród bałwanów ścieżkę bezpieczną, wskazując, że zewsząd możesz wybawić" (Mdr 14,3).

Książka Anny Lasoń-Zygadlewicz może być ważna szczególnie dla tych kobiet, które po traumie (czy to przeżytej w dzieciństwie, czy w dorosłości) chcą powrócić do życia - i to życia w pełni, szczęśliwego. Dla tych, które nie czują się piękne (bo mają "nosek czarujący jak kartofelek, cokolwiek to znaczy"), które łatwo wchodzą w rolę wybawcy (albo ofiary), które są zabijane perfekcjonizm (połączony z ciągłym porównywaniem się i odkładaniem ważnych rzeczy na później), które chciałyby kochać i być kochane, a wciąż nie udaje im się związać z odpowiednią osobą.

W pierwszej części autorka przeprowadza czytelniczki przez proces rozpoznania zranienia. Dzieli się świadectwem zarówno swoim, jak i innych kobiet. Druga część jednak jest według niej jeszcze trudniejsza. Dlaczego? Bo mowa w niej o konkretnych środkach, które można podjąć, aby przyjąć samą siebie jako dar od Boga, stać się przyjaciółką dla samej siebie (nawet jeśli są to małe postanowienia typu "dziś pomaluję paznokcie, jutro o 17.00 pójdę na rower"). Jak "wykończyć perfekcjonizm, zanim ona nas wykończy"? Czy odchudzanie może być przyjemnością? Jak wykorzystać szanse ukryte w problemach? Co oznacza bycie konewką i dlaczego warto?
Autorka zachęca do małych, ale konkretnych zmian, w trzeciej części książki zaś przypomina o najlepszym Przyjacielu. "Jest ktoś, kto patrzy na ciebie wzrokiem nieskażonym i dziesięć tysięcy razy jaśniejszym niż słońce. Tak jak książę na białym koniu zachwycił się Śpiącą Królewną i pocałunkiem przywrócił ją do życia - tak i On chce ciebie obudzić. Marzy, aby móc dać ci piękne życie, przezywane z fantazją i rozmachem, Tym Księciem jest twój Stworzyciel. On tak się tobą zachwycił, że nie mógł się oprzeć przed powiedzeniem ci tego. Nawet postarał się, żeby ktoś zapisał Jego wyznanie miłości, abyś miała je na piśmie! Pozwól, że znów zacytuję ci fragment "Pieśni nad pieśniami" (...). Zachwycony tobą Stworzyciel nigdy nie wpychał się do twojego życia na siłę. Z szacunkiem stoi na progu i czeka na twoje zaproszenie. Na znak, że chcesz Go poznać i posłuchać tego, co On myśli o tobie.
Czy chcesz się przejrzeć w Jego oczach?"

Anna Lasoń-Zygadlewicz, Jesteś piękna, nawet jeśli tego nie widzisz, Wyd. Ośrodek Odnowy w Duchu Świętym w Łodzi, Łódź 2017.

*Edward Stachura, Idź dalej

poniedziałek, 31 lipca 2017

Córka Króla

Mało mnie na blogu i raczej tak będzie przez jakiś czas, bo kolejna książka się tworzy. Pan Bóg lubi robić niespodzianki - piszę o pewnym niesamowitym ewangelizatorze, który żył z Opatrzności Bożej... ale o tym za kilka miesięcy, jak już wszystko będzie gotowe. Czuję się już trochę przepracowana, najchętniej rzuciłabym wszystko i porobiła na drutach :) chociaż dobrą książkę też można przeczytać dla odpoczynku.
Wśród wielu książek poświęconych relacjom damsko-męskim ta jest trochę inna. Pisana przez kobietę, która nie założyła rodziny (żadną miarą nie da jej się nazwać kobietą samotną), ewangelizatorkę, matkę chrzestną i duchową. Tytułowy zwrot "ezer kenegdo" to odwołanie do biblijnego zwrotu "odpowiednia pomoc". Kiedy Bóg stwarzał Ewę, miała być ona najlepszą towarzyszką dla mężczyzny, wsparciem, pomocą, kimś, kto jest po jego stronie. Grzech pierworodny sprawił, że w tych relacjach pojawiło się duże zamieszanie... Pora więc na krótki rachunek sumienia: kobieta ma być Bożą córką - nie tą, która narzeka, nie słucha, podcina skrzydła mężczyźnie (lub dziecku... albo samej sobie) bądź też próbuje - tęskniąc za miłością, nie czerpiąc jej od Boga - owijać się wokół drugiego człowieka niczym bluszcz. Przykładem dobrej towarzyszki jest Maryja - Ona wie, kim jest, potrafi słuchać, tworzyć przestrzeń wolności (dla siebie, ale i dla drugiej osoby), wskazywać na Boga.
Autorka odnosi się do sytuacji z życia codziennego - trudności w komunikacji (zarówno z mężczyznami, jak i z kobietami), zazdrości, pomówień, chęci dominacji, wskazuje też, że nieustannie potrzebujemy rachunku sumienia i pracy nad sobą. I pamiętania o tym, że w rzeczywistości jesteśmy córkami Króla, wezwanymi, aby towarzyszyć: najpierw "sobie, potem Bogu, następnie mężczyźnie, drugiej kobiecie i dziecku". Z Bożą pomocą to jest możliwe.


Magdalena Plucner, Najlepsza towarzyszka - ezer kenegdo, Wyd. Pomoc, Częstochowa 2017.

czwartek, 15 czerwca 2017

Inny



Kazanie było dziś wielowątkowe, motyw historyczno-filozoficzny też się pojawił: jak to przez wieki coraz mocniejsze były prądy myślowe mówiące, że Bóg jest daleki, że puścił świat w ruch i sobie poszedł. A tymczasem On jest bliski. Bardzo.
I teraz procesja: pierwszy ołtarz obok bloku, w którym mieszkają moi przyjaciele, nawet widzę ich, jak się pakują do samochodu. Macham do nich - nie widzą, ale przecież Pan ich widzi. I błogosławi. 
Trzeci ołtarz przy szkole, w której uczy moja przyjaciółka. Czwarty przy kościele, w którym przeżyłam chyba najpiękniejsze wieczory chwały. 
A drugi? W drodze do drugiego przechodzimy przez ulicę, która kiedyś była pełna uroku - te moje ulubione domki w kratkę. Dzisiaj jest przebudowana, poszerzona, a jedyne pozostałe domki pożerane przez buldożery. Defachwerkizacja - jak to ładnie nazwał mój kolega. Ale... Bóg wchodzi w to, co mi się w życiu rozwaliło, co nie wygląda tak, jak chciałam. Potem idziemy uliczką, która też miała być zniszczona, ale chwilowo dali jej spokój. W połowie drogi jest lokal mający w nazwie imię indyjskiego bożka. A ja... idę niemal ramię w ramię z osobą, z którą mamy na pieńku. Złość, gniew, brak przebaczenia - tak, w to również wchodzi Bóg. Pod koniec procesji mam już ochotę się do niej uśmiechnąć. Co prawda nie dochodzi do tego - ale czy On może być daleki?


wtorek, 6 czerwca 2017

Znów z przytupem


W niedzielę wracaliśmy z posługi w pewnej przeuroczej wsi - czuwanie przed Zesłaniem Ducha Świętego, potem jeszcze oprawa mszy świętych w niedzielę. I inne rzeczy, bo ja np. nie śpiewam :) Siedzimy w piątkę w jednym samochodzie, gadamy, modlimy się. Koleżanka kierująca co jakiś czas przypomina, żeby za nią westchnąć, bo pada, jest ślisko, samochód mały, a ona nie jest jakimś superkierowcą. 
Tymczasem leje coraz mocniej, a kiedy przejeżdżamy przez pewne miasteczko, zaczyna się oberwanie chmury. Wycieraczki nie nadążają odbierać deszczu, widoczność praktycznie zerowa. Nagle A. woła: "W Imię Jezusa, deszczu, idź precz od mojego samochodu!". Dalej leje. Więc A. znowu: "Powiedziałam! W Imię Jezusa, deszczu, idź precz od mojego samochodu!" - i robi krzyżyk, po czym skręca w kolejną uliczkę. A tam.... nie pada. Przez dalsze 40 km po prostu nie pada. 
Oczywiście, można powiedzieć, że to normalne, że tak się zdarza, że chmura ma jakiś zasięg... ale czemu akurat tam?

I wziął płaszcz Eliasza, który spadł z góry od niego, uderzył wody, <lecz one się nie rozdzieliły>. Wtedy rzekł: "Gdzie jest Pan, Bóg Eliasza?" I uderzył wody, a one rozdzieliły się w obydwie strony. Elizeusz zaś przeszedł środkiem.
2 Krl 2,14

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Szum z nieba


Wieczorów chwały u nas coraz więcej, czasem po kilka w miesiącu. Właściwie w mieście ciągle coś Bożego się dzieje, chociaż Toruń nie jest duży. Coś się powoli zaczyna ruszać także w moim (prawie) rodzinnym mieście. W tym roku po raz kolejny w Boże Ciało będzie tam wieczór uwielbienia. Kiedy parę lat temu wracaliśmy z kolegami z takiego wieczoru, jeden z nich westchnął: "Boże, dziękuję Ci, że takie rzeczy tutaj! Ja już na tym mieście położyłem krzyżyk!". Jak by nie patrzeć, krzyżyk to błogosławieństwo :)
Ostatnio zaś dowiedziałam się, że wielkimi krokami zbliża się tygodniowa ewangelizacja w pewnym dużym mieście. Pamiętam, jak kilka lat temu dzwoniła do nas do pracy pewna starsza pani... chyba żeby się wygadać. Dzwoniła raz i drugi, opowiadając, że modli się za to uśpione miasto. 
Ile godzin wyklęczanych na adoracji, ile wytartych różańców? Czy jeszcze żyje, czy może dopinguje z nieba? Ile takich pań Teresek, Jadź, Bożenek, które wymadlają cuda?...

Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, i braćmi Jego. (...) Kiedy nadszedł wreszcie dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić. 

(Dz 1,14.2,1-4)

środa, 17 maja 2017

Teresa


Dobrze mieć prawdziwych przyjaciół...
W zeszłym roku we wspomnienie Karolinki (18 XI) poprosiłam ją, żeby w tym szczególnym dniu wymodliła jakieś łaski. Zostałam dosłownie zasypana darami - między innymi propozycją napisania książki o mojej kolejnej przyjaciółce, Teresie. Pozycja ukazała się wczoraj, we wspomnienie innego bliskiego świętego - Andrzeja Boboli. Jakie to niebo jest realne :)
Teresa jest genialna. Zakochana w Bogu, ufająca Opatrzności (co nie znaczy, że czasem jej ręce nie opadają), z cudownym poczuciem humoru (zwłaszcza wobec siebie samej), bardzo mądra jeśli chodzi o taką zwykłą, ludzką formację chrześcijanina (w końcu nie na darmo jest Doktorem Kościoła). 
Redaktor z wydawnictwa, która czytała tę książkę, stwierdziła, że miała różne pytania do Pana i Teresa jej na wszystkie odpowiedziała. Tedy... czytajcie!

Wierny bowiem przyjaciel potężną obroną,
kto go znalazł, skarb znalazł.
Za wiernego przyjaciela nie ma odpłaty
ani równej wagi za wielką jego wartość.
Wierny przyjaciel jest lekarstwem życia;
znajdą go bojący się Pana.
Syr 6,14-16

wtorek, 16 maja 2017

Andrzej


Święty Andrzej Bobola słynął z porywczego charakteru. Może dlatego nigdy nie zagrzał długo miejsca w jednym domu zakonnym? Nie przeszkadzało mu to jednak z mocą głosić Ewangelii. Ta działalność apostolska nie mogła się podobać - jak wiemy, zginął w okrutnych mękach. Potem doprowadzał do szału bolszewików - wystawili jego ciało jako eksponat na wystawie, co poskutkowało... licznymi nawróceniami. W Strachocinie budził proboszczów w nocy, ściągając z nich kołdrę - ostatecznie jednak ks. Józef Niżnik domyślił się, co to za święty domaga się publicznego kultu. A wstawiennikiem jest niezwykłym.
Brat koleżanki ma na imię Andrzej. Miał około 10 lat, kiedy został potrącony przez samochód. Świadkowie mówią, że wyglądało to niebezpiecznie, ale chłopakowi nic się nie stało. Rzecz się działa na ul. Boboli. 
Na zeszłorocznej nadmorskiej trafiłyśmy w kilka dziewczyn na nocleg do pewnej pani, prowadzącej pensjonat. Byłyśmy w szóstkę nieźle przeziębione, a to było akurat blisko kościoła, więc nie musiałybyśmy na drugi dzień szukać nowego miejsca... ale zachowanie naszej gospodyni było co najmniej dziwne. Spróbujcie wyobrazić sobie leciwą artystkę przyodzianą w coś w rodzaju futra na koszuli nocnej, której w dodatku wszystko przeszkadza. Tymczasem jedna z nas - Ania - była tak przeziębiona, że powinna zostać w łóżku, a nie wychodzić na ewangelizację. Czy nasza gospodyni się zgodzi? O dziwo, wyraziła zgodę, ale zaraz potem apodyktycznym tonem zażądała, abyśmy poszły za nią w głąb mieszkania. Tymczasem rano zawsze mamy czas na modlitwę osobistą (adoracja w kościele) - potem zwyczajnie nie ma na to czasu. A jak ewangelizować bez kontaktu z Panem? Zastanawiałam się, czy to nie jest po prostu zakłócanie naszego czasu. 
Pani tymczasem wprowadziła nas do małego pokoju i pokazała nam namalowany portret swojego synka - Andrzeja - który wiele lat wcześniej zginął w wypadku. Opowiadała o nim jakiś czas, w końcu jednak nas puściła. Okazało się, że adoracja zaczęła się później. Wchodząc do kościoła, zauważyłam w kruchcie obrazki ze... św. Andrzejem Bobolą. Kościół był franciszkański, w prezbiterium malunki świętych franciszkanów. Co tam robił święty jezuita? 
Kiedy wróciłyśmy wieczorem, nasza gospodyni była zupełnie odmieniona. Potrzebowała modlitwy, pogadania z Anią (notabene okazało się, że obie fascynują się historią sztuki), pomatkowania komuś - więc święty Andrzej to załatwił (choć, jak to on, z początku trochę denerwująco).

Dla niego najważniejsza była ludzka dusza. Dla niej oddałby wszystko. Gdy napotkał zagubioną duszę, tracił poczucie czasu i miarę ofiary. Aby ją uratować, kładł wszystko na jedną szalę.
ks. Józef Niżnik

środa, 3 maja 2017

Konkretnie


Zaczęło się od przeczytanego kiedyś fragmentu wspomnień prof. Lanckorońskiej o wyjeździe szaleńca Bożego, ks. Tadeusza Fedorowicza, razem z Polakami wywożonymi na Syberię. Myślałam sobie, że kiedyś tę książkę przeczytam... aż w końcu doszłam do wniosku, że długi weekend się zbliża, a książka na pewno do zdobycia. Zdobyłam - i polecam.
Autorka opisuje oblężenie Lwowa, pomoc udzielaną rannym w Krakowie i więźniom na Kresach, wreszcie własne uwięzienie w Stanisławowie, Berlinie i Ravensbruck. Pisze o trudnych losach przyjaciół, drobiazgowo opisuje dramat mieszkańców małych miejscowości, znajdujących się pod okupacją (Komarna, Stanisławowa, Pińczowa, Piotrkowa...), walczy o to, aby na jaw wyszła prawda o zamordowaniu profesorów ze Lwowa, inteligencji stanisławowskiej i doświadczeniach na kobietach w Ravensbruck. A jednocześnie nie brakuje jej inteligencji i humoru:
"Pawłyszeńko mi oświadczył: "Ja was budu aresztowaty". "Teraz nie mam czasu" - odpowiedziałam z godnością i powagą. - "Muszę iść na uniwersytet". Zapytał wtedy, już znacznie ciszej, kiedy będę wolna; umówiliśmy się na trzecią po południu. Oczywiście nie stawiłam się na to spotkanie, stawili się natomiast trzej bracia Andzi [we Lwowie wraz z autorką zamieszkała jej służąca z majątku w Komarnie], chłopi z naszych stron, obecnie robotnicy lwowscy. Pawłyszeńko na widok tych trzech budrysów podobno zbladł, a oni mu oświadczyli krótko i węzłowato, że jeśli ich siostrze włos z głowy spadnie, to on będzie miał z nimi do czynienia".
Daje to, co ma: póki może, wykłada na uniwersytecie, opiekuje się chorymi, organizuje dokarmianie więźniów, w obozie daje tajne nauczanie na temat historii sztuki, aresztowanym Greczynkom recytuje Homera i Tukidydesa (w oryginale! zresztą mówi biegle w kilku językach), chroni chore więźniarki. Uważa, że nazwisko do czegoś zobowiązuje. Jej humanistyczne wykształcenie przydaje się zresztą nieraz jej samej - zamknięta na siedem dni w ciemnicy, stara się sobie przypominać i wyobrażać... galerie sztuki. 
Wobec wszechogarniającego cierpienia - dotykającego nie tylko nią, ale i bliskich - ta silna kobieta czuje się nieraz bezradna. W więzieniu dostaje silnego uczulenia (nie płacze, więc organizm w inny sposób radzi sobie ze stresem). Zwierza się, że trudno jej mówić fragment Modlitwy Pańskiej: "jako i my odpuszczamy naszym winowajcom". Czy ma oszukiwać Boga? A jednak - choć we wspomnieniach nie mówi zbyt wiele o swojej wierze - widać w niej siłę wynikającą z zaufania Stwórcy. Kiedy pewna Rosjanka, ateistka, w obozie w Ravensbruck pyta ją o wiarę, odpowiada: "Tak, jestem wierząca. Nie zawsze nią byłam, ale teraz już nią jestem od wielu lat i jestem bardzo szczęśliwa". 
W pewnym momencie Lanckorońska staje oko w oko ze śmiercią, jednak w sercu ma pewność, że jeszcze nie czas, że Bóg jeszcze nie chce jej u siebie. Rzeczywiście, dożyje 104 lat życia. Po uwolnieniu z Ravensbruck nie będzie mogła wrócić do kraju, ale zawsze będzie wspierać rozwój polskiej kultury i nauki. Kilka lat przed śmiercią otrzymuje pytanie od miesięcznika "Znak", które redakcja wysłała do wielu wybitnych postaci kultury polskiej: "Czym jest polskość?". Odpowiada w charakterystycznym dla siebie stylu: "Polskością jest dla mnie świadomość przynależności do narodu polskiego. Uważam, że należy dać możliwie konkretne dowody tej świadomości, natomiast nie rozumiem potrzeby jej analizy".

Karolina Lanckorońska, Wspomnienia wojenne, znak, Kraków 2001.

wtorek, 25 kwietnia 2017

Dobry PR


Kiedy nagrywam filmiki na fanpage naszej wspólnoty na FB, niektóre dziewczyny czasem marudzą, że nie chcą być na nich widoczne. Odpowiadam, że ich zadaniem jest dobry PR - mają ładnie wyglądać, szeroko się uśmiechać i głośno śpiewać. W końcu, według słów kardynała Wyszyńskiego, "ewangelizator nie powinien wyglądać jak skwaszony ogórek". Na szczęście naszym dziewczynom ogórkowatości zarzucić nie można :).
Koleżanka została niedawno wysłana z pracy za granicę - na tydzień. Nie wiedziała, gdzie będzie nocować, a na miejscu okazało się, że jej gospodyni jest buddystką. Europejka, ale buddystka. A. z początku się zbuntowała i postanowiła zaraz następnego dnia znaleźć sobie inny nocleg. Następnego dnia jednak została okradziona na ulicy. Zostało jej 20 euro do końca tygodnia i bilet powrotny. Napisała do kilku znajomych na FB i poprosiła o rozesłanie wici z prośbą o modlitwę, po czym... zaczęła uwielbiać Boga w tej sytuacji. Kompletne wariactwo, tym bardziej, że A. do zamożnych nie należy.  
Tymczasem jej gospodyni bardzo się przejęła. Jak na początku twierdziła, że za każdy kubek herbaty czy kawy A. powinna jej zapłacić, tak teraz sama zaczęła ją częstować, robić kanapki, pożyczyła nawet własny laptop. A na koniec podziękowała jej, że mogła poznać tak radosną katoliczkę.
Nie ma to jak dobry PR...

Lecz Bogu niech będą dzięki za to, że pozwala nam zawsze zwyciężać w Chrystusie i roznosić po wszystkich miejscach woń Jego poznania.
2 Kor 2,14

niedziela, 23 kwietnia 2017

Było minęło


Wczoraj byłam przez chwilę na "maratonie zwiedzania zabytków" - czyli spacerze po jednej z ulic Torunia, słynącej kiedyś z kamienic z pruskiego muru (cóż... niektóre budynki mogliśmy tylko powspominać), zdziczałym parku i starej wodociągowni. Przewodnik opowiadał między innymi o wodociągach w XIV wieku, o potopie szwedzkim, z kolei żona drugiego z przewodników pochwaliła go, że czasem, kiedy są na spacerze, ów nagle z zachwytem pokazuje jej kostkę brukową i tłumaczy, z jakiego jest okresu. Moja wyobraźnia pracowała zawzięcie :) Lubię takie klimaty.

A dziś przechodziłam obok cmentarza i taka myśl, że ci ludzie są już szczęśliwi. Już ich nie frustruje to, że zburzono ich śliczny domek z pruskiego muru z najpiękniejszą pod słońcem altanką. Już się nie przejmują, że trzeba się postarać, żeby znaleźć ślad po XIV-wiecznej studni na Starym Rynku. Może nawet mają dużo lepszą pogodę niż my. Ale przede wszystkim mają taką wizję uszczęśliwiającą, że wszystko inne jest naprawdę mało ważne. 

Sławić będę dobrodziejstwa Pańskie,
chwalebne czyny Pana,
wszystko, co nam Pan wyświadczył,
i wielką dobroć dla domu Izraela,
jaką nam okazał w swoim miłosierdziu
i według mnóstwa swoich łask.
(...)
To nie jakiś wysłannik lub anioł,
lecz Jego oblicze ich wybawiło.
W miłości swej i łaskawości
On sam ich wykupił.
On wziął ich na siebie i nosił
przez wszystkie dni przeszłości.
Iz 63,7.9

sobota, 15 kwietnia 2017

Ta noc jest inna od wszystkich innych nocy


Dlaczego ta noc jest inna
od wszystkich innych nocy,
od wszystkich innych nocy...

Niech ta Wielka Noc będzie INNA, aby każdy z nas doświadczył mocy Krzyża i Zmartwychwstania Chrystusa.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Misterium



We wsi pod Toruniem odbyło się wczoraj Misterium Męki Pańskiej. Miałam wrażenie, że Pan chce, żebym tam pojechała, tylko był jeden szkopuł - transport. Autobusami z przesiadką to ponad godzina drogi. W dodatku wczoraj lało jak na zeszłorocznej nadmorskiej (czyli obficie). Pytam jedną koleżankę, potem drugą, czy się wybierają autem - nie. Aha, czyli nie jadę. No trudno.
Dwie godziny przed misterium dzwoni trzecia koleżanka i pyta, czy jadę. Odpowiadam, że nie mam transportu. "Poczekaj". Za chwilę oddzwania. Basia mieszka na opłotkach miasta, ale w stronę tamtej wsi. Jej tata jest ciężko chory na raka i nie ma za wiele sił, ale chciał jeszcze w tym roku pojechać z córkami na misterium. Mają jedno wolne miejsce w aucie. Gdybym przyjechała na pętlę, to taką odległość da radę (po spektaklu zresztą też mnie odwozi na pętlę. Zdążamy na minutę przed odjazdem autobusu - kolejny za pół godziny). 
To tak gdybym miała wątpliwości... Jak Pan Bóg chce coś zrobić, to zrobi. Choćby po ludzku wydawało się niemożliwe. 
Wrażenia? Jeśli nagle tuż przy mnie rozlega się krzyk: "To uczeń Jezusa!" - to zostaje w sercu. Chociaż to były słowa do Piotra, ale... jakim ja jestem uczniem? Czy może antyświadectwem? 
Jeśli początkowo nic nie widzę oprócz ludzkich pleców i parasoli (do wysokich nie należę), a z powodów problemów z nagłośnieniem słyszę tylko słowa Jezusa - to właśnie tak jak w moim życiu: nieraz naprawdę nic nie widzę, ale jest Słowo Boże i to daje jakąś ufność, kierunek. 
Jeśli idę między tłumem i nagle tuż przy mnie idą apostołowie... a potem, po jakimś czasie znów jestem bardzo blisko - tym razem Jezusa na drodze krzyżowej, akurat wtedy, kiedy upada... jak dobrze, że On rozumie moje upadki. I jak to możliwe, że chociaż było około 2000 widzów, to w momencie śmierci Jezusa byłam zupełnie z przodu, centralnie? Widok taki, że można by superzdjęcie zrobić. Ale nie miałam aparatu. A zamiast tego On mi pokazywał, co jest w moim sercu...

Zeszłam do ogrodu orzechów,
by spojrzeć na świeżą zieleń doliny,
by zobaczyć, czy rozkwita krzew winny,
czy w kwieciu są już granaty.
Niespodziewanie znalazłam się
[wśród] wozów książęcego orszaku.
Pnp 6,11-12

wtorek, 28 marca 2017

Będę miała zamek!


fot. Marek Kujawa, Polskie zabytki

Teresa z Avila mówi w Twierdzy wewnętrznej o słowach, które może usłyszeć dusza. Oczywiście, jeśli są niezgodne z Pismem Świętym, należy je natychmiast odrzucić, ponieważ pochodzą od złego ducha, zresztą słowa z tego źródła wprowadzają tylko niepokój i zamieszanie. Jeśli słowa pochodzą z naszej wyobraźni, nigdy nie jesteśmy ich do końca pewni. Jeśli jednak pochodzą od Pana, sprawiają to, co oznaczają, a choćby wiele czasu minęło od obietnicy do jej wypełnienia, choćby zewnętrzne okoliczności wskazywały na coś zupełnie przeciwnego, dusza jest pewna, że Bóg nie zawiedzie i na pewno przeprowadzi swój zamiar.
Bratanek bł. Marii Karłowskiej, ks. Kazimierz, opowiadał, jak ta z ogromnym entuzjazmem czytała dzieło św. Teresy, a w pewnym momencie powiedziała mu: "Będę miała zamek!". Oczywiście zaczął jej mądrze tłumaczyć, że święta Teresa miała na myśli sprawy duchowe, ale ciocia zapewniała go, że chodzi o prawdziwy: "Będę miała zamek, na górze! Sam zobaczysz!".
Błogosławiona Maria to jedna z kobiet szalonych dla Pana, założycielka zgromadzenia Sióstr Pasterek od Opatrzności Bożej. Potrzebowała domów i założyła ich 9, w tym dwa szpitale dla kobiet wenerycznie chorych. Jak to możliwe, że jej zgromadzenie działało w zaborze pruskim, skoro Prusacy dokonywali kasaty zakonów? Cóż, niezupełnie radzili sobie z problemem prostytucji i chorób wenerycznych, gdy tymczasem opieka nad zagubionymi dziewczętami była właśnie charyzmatem Marii i jej towarzyszek. Mawiała, że dusza ludzka ma większe znaczenie niż cały świat, potrafiła z impetem zatrzymać dziewczynę, wchodzącą w drzwi domu publicznego, wołając: Nie możesz! Należysz do Boga! (i niejednokrotnie jej słowo miało ogromną moc). Bez względu na to, jaka nędza kierowała wyborami kobiet, Maria i jej siostry chciały wskazać im nowe perspektywy - mówiły o miłującym je Bogu, ale też tworzyły warsztaty rękodzielnicze, ogrody, szkoły, gdzie te mogły uczyć się nowych umiejętności. Maria marzy o założeniu szkoły gospodarczej, gdy dowiaduje się, że Bank Rolny w Grudziądzu wyprzedaje za bezcen kompletnie zrujnowany (przez pruskie wojska, które rozlokowały się w nim w latach I wojny światowej) pałac Narzymskich w Jabłonowie Pomorskim (wraz z parkiem, ogrodem i ziemią) - i kupuje go. Pałac wzniesiony na wzgórzu, zbudowany na wzór neogotyckich zamków angielskich, postawiony na fundamentach starego zamku...
Co prawda szkoła po śmierci założycielki (1935) przestała funkcjonować, a w wyniku działań wojennych siostry musiały zamek opuścić, jednak na wiosnę 1945 r. udało im się wrócić. Dzisiaj jest to Dom Generalny sióstr pasterek, miejsce rekolekcji i diecezjalne sanktuarium bł. Marii.

Bóg da nam wszystko, czego się spodziewamy.
bł. Maria Karłowska

niedziela, 26 marca 2017

Kogut


Na spotkania modlitewne naszej wspólnoty przychodzą nie tylko miejscowi. Jest kilka osób, które mieszkają 40 kilometrów dalej (albo jeszcze więcej). Wśród nich pewna filigranowa kobieta, mama dwóch dorosłych już córek i świeżo upieczona babcia, która samochodem musi pokonać szmat drogi. Czasami trochę się boi, czy dojedzie bezpiecznie, w końcu wieczorami jeszcze jest ciemno. 
Któregoś razu właśnie czuła się niepewnie na drodze, gdy nagle zauważyła, że przed nią cały czas jedzie mały samochód ze świecącym napisem na dachu. Nie wiedzieć, czemu, zrobiło jej się od razu raźniej. Na światłach zatrzymała się zaraz za autkiem i zobaczyła napis: "Bóg jest miłością!" - i cały strach od razu prysnął. Okazało się potem, że to kolejna akcja szaleńca Bożego, ks. Rafała Jarosiewicza (zajrzyjcie tu), ale co samochód na koszalińskich rejestracjach robił w okolicach Inowrocławia - tego nie wie nikt :).

Swoim aniołom dał rozkaz o tobie,
aby cię strzegli na wszystkich twych drogach.
Ps 91,11
 

sobota, 4 marca 2017

Moc uwielbienia


Niedawno umarła moja babcia, więc mama ma teraz trudny czas: nie ma już jej rodziców, brata i bratowej; w domu, w którym mieli z tatą wesele, mieszka teraz kuzyn, a relacja z nim nie jest najlepsza - tak jakby coś się w jej życiu bezpowrotnie skończyło. Kiedy niedawno przejeżdżali z tatą obok drogi, skręcającej w stronę tego domu, oboje mieli łzy w oczach. Mama jest introwertyczką, więc te wszystkie przeżywane głęboko emocje zaczęły z niej wychodzić w postaci różnych bólów, głównie serca. Opowiada dzisiaj: któregoś dnia strasznie bolało ją serce, w dodatku była sama w domu, ale jak to kobieta ze wsi, stwierdziła, że i tak coś zrobi. Wzięła się za prasowanie, zaczęła przy tym śpiewać różne pobożne pieśni i nagle... wszystko z niej zeszło. "Tak jakby nigdy nic mnie nie bolało".


Pan niech będzie przez wszystkie dni błogosławiony:
ciężary nasze dźwiga Bóg, zbawienie nasze.
Ps 68,20

sobota, 25 lutego 2017

Z przytupem



Nasz dawny proboszcz*, teraz już emeryt: "Dajcie mi to wasze pismo**, poewangelizuję trochę, bo już nic innego robić nie mogę". "A spowiedź?" - pytam podchwytliwie, bo nie jestem pierwszą osobą, której proboszcz podczas spowiedzi powiedział coś, o czym zapomniała. "A spowiedź to nie ja, to Duch Święty".

Mój tata kiedyś podczas spowiedzi został uwolniony od nałogu. Zwykle nie palił w Wielkim Poście i w adwencie. A wtedy powiedział Bogu, że ma już dość. Akurat były rekolekcje - zwykła, wiejska parafia, w konfesjonałach też nie żadni charyzmatycy (chociaż kto ich tam wie :)) - poszedł do spowiedzi i... stało się to, o co prosił. 

Taka opowieść tuż przed Wielkim Postem 

Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz!
(Rdz 32,27)

* ksiądz na zdjęciu to akurat nie on
** moja wspólnota wydaje pismo ewangelizacyjne

poniedziałek, 20 lutego 2017

Wyższa technologia


Z kasą u mnie nieraz było krucho, ale kiedyś było już tak źle, że dwie koleżanki ze wspólnoty zaoferowały mi na jakiś czas mieszkanie zupełnie za darmo. Wynajmowałyśmy więc we trójkę mikroskopijne mieszkanko, spałyśmy na waleta, robiłyśmy sobie wspólnie pizzę, naleśniki, fasolkę po bretońsku i modliłyśmy się za magisterkę jednej z nich. Po wakacjach znalazłam pracę, zamieszkałam też gdzie indziej, ale duuuuża wdzięczność pozostała. Wracałam kiedyś z pracy i pomyślałam sobie, że napisałabym A. coś miłego. Wzięłam więc komórkę i napisałam: "Jesteś ukryta w Sercu Jezusa". Posłałam i stwierdziłam, że w sumie dziwny jakiś ten sms, mogłam napisać coś innego. Tymczasem A. właśnie miała trudną sytuację w swojej pracy i przygnębiona modliła się tak: "Panie Jezu, ukryj mnie w Twoim Sercu!". W tym momencie przyszedł sms...

Panie (...), ileż to dróg, ile wynalazków i sposobów używasz na okazanie nam Twojej miłości!
św. Teresa z Avila
 

poniedziałek, 13 lutego 2017

Przedwalentynkowo


Lubię epizody z życia świętych, pokazujące ogromną czułość Pana Jezusa. Teresa z Avila określała Boga mianem: "Jego Majestat" - ale ten Wielki Majestat zniżał się do niej, w jednym z widzeń karmił kulkami z chleba i mówił, że współczuje, że musi tak cierpieć. Święta cieszyła się, że On ją rozumie, to jej wystarczało. Święta Katarzyna ze Sieny była analfabetką, a tak bardzo chciała odmawiać brewiarz. Pan w cudowny sposób nauczył ją tego, a nieraz - jak zaświadcza bł. Rajmund z Kapui - przychodził do jej samotni i modlili się razem. 

Jako wspólnota często w różnych okolicznościach prowadzimy modlitwę wstawienniczą. Kiedyś do jednej małej grupki wstawienników przyszła osoba, która wcześniej bardzo się zagubiła, ale kilka lat temu nawróciła się i dzielnie idzie za Panem. Modlimy się, rozeznajemy dla niej Słowo Boże. Trafiamy na Słowo o odnalezionej perle. Pierwsze skojarzenie: to Jezus jest tą perłą, największym skarbem, który kiedyś wybrała. Ale zaraz przychodzi kolejne: imię tej osoby - Małgorzata - oznacza perłę. To On oddał wszystko, co miał - Swoje życie - aby ją pozyskać. 
To była rozmowa dwojga serc - co my tam mogliśmy więcej mówić...

Miły mój odzywa się
i mówi do mnie:
"Powstań, przyjaciółko ma,
piękna ma, i pójdź!
Bo oto minęła już zima,
deszcz ustał i przeszedł.
Na ziemi widać już kwiaty,
nadszedł czas przycinania winnic,
i głos synogarlicy już słychać w naszej krainie.
Drzewo figowe wydało zawiązki owoców
i winne krzewy kwitnące już pachną.
Powstań, przyjaciółko ma,
piękna ma, i pójdź!
Gołąbko ma, [ukryta] w zagłębieniach skały,
w szczelinach przepaści,
ukaż mi swą twarz,
daj mi usłyszeć swój głos!
Bo słodki jest głos twój
i twarz pełna wdzięku"
.
Pnp 2,10-14

wtorek, 7 lutego 2017

Musztarda i wola Boża


Przed rekolekcjami miałam dyskusję na jednym forum z osóbką, która twierdziła, że wolą Bożą jest cierpienie człowieka. Święty Paweł mówił: "wolą Bożą jest wasze uświęcenie" (1 Tes 4,3), św. Ignacy zalecał, żeby zachować wolność serca zarówno w czasie pomyślności, jak i trudów... ale dziewczę wiedziało lepiej :) Bo przecież święci cierpieli. No tak, ale sensem ich życia nie było cierpienie, tylko Chrystus. 

Święta Teresa z Avila prosiła, żeby na Boże Narodzenie Pan dał jej prezent w postaci jakiegoś cierpienia, ale chodziło jej o to, żeby mogła coś ofiarować w intencji ginących dusz, bo rozpalało ją pragnienie apostolstwa. "Twierdzę wewnętrzną" pisała przy postępującym paraliżu rąk, czasem po prostu dyktowała passusy siostrze Annie od św. Bartłomieja. Skończyła pisać przed Bożym Narodzeniem, a w święta... złamała rękę. Ale lewą, a była praworęczna. Pan Bóg nie dopuścił cierpienia ponad miarę. 

W trakcie rekolekcji oparzyłam dłoń wrzątkiem. Właściwie to ktoś na mnie wpadł i tak to się skończyło. Tymczasem wieczorem trzeba było pobiegać z aparatem, a prócz tego miałam jeszcze inne posługi i potrzebowałam sprawnych rąk. Czuję, że dłoń szczypie, polałam ją zimną wodą mineralną, ale to chyba za mało. Poleciałam do służby medycznej - jedyne, co mogły poradzić, to żebym postała na dworze z ręką w kubełku. Akurat na to nie miałam czasu. Cóż, trzeba było użyć innego środka - modlitwy.

Najpierw spotkałam kleryków i oczywiście zapewnili, że westchną. Na sali nie było naszego proboszcza, ale był pewien ksiądz staruszek... tyle że właśnie otoczony gromadką pań zasypujących go pytaniami. Przebijać się przez tłum czy nie? W tym momencie nadeszła mama mojego kolegi: "Pani Mario, polecam się, bo..." - i opowiedziałam jej całą historię. Dobra niewiasta się przejęła, oznajmiła, że jest w diakonii modlitwy wstawienniczej i popędziła do swoich towarzyszek, z którymi była na rekolekcjach. Wysłałam kilka smsów do przyjaciół, po czym prawie weszłam na pewną siostrę zakonną. Siostra jest artystyczną duszą (układa kwiaty i nie tylko) i uroczą powsinogą (pasjami jeździ na rowerze i zachwyca się pięknymi krajobrazami - a potem zabiera tam na wycieczki swoich podopiecznych), ale czasem jak coś palnie. "Siostro, proszę o modlitwę, bo...". A siostra na to: "A jeśli to woooola Boooooża?". "Siostruś! - mówię - wolą Bożą jest to, żebym wykonała, co mam do wykonania, a nie była uziemiona. Ręka mi się nie może trząść!". "A... no to trzeba się modlić!" "No właśnie!"

Na to wszystko nadeszła pani Maria, oznajmiając, że pomodliły się z koleżankami, a najlepiej, żebym sobie posmarowała rękę... musztardą. Wolą Bożą w tym momencie było chyba, żeby zeszło ze mnie napięcie. Ochłodziłam dłoń w jeszcze inny sposób (chociaż nie musztardą!) i wykonałam, co miałam wykonać. Dłoń jest całkowicie zdrowa. A że więcej ludzi musiało się modlić o to, żebym dała radę - może to i lepiej? W końcu wola Boża jest zawsze dobra :)

Pan Bóg ma plany swoje - przeolbrzymie, na daleką metę zakreślone, do których nasze osoby są przewidziane dla wykonania pewnej cząsteczki. Mądrzej jest wyrzec się swych własnych planów, a szukać poznania woli Bożej.
Sł. B. bp Adolf Piotr Szelążek

poniedziałek, 6 lutego 2017

Błogosławcie IV, czyli fajnie mieć braci


Kolega od stronki to po prostu kolega od stronki - żaden chłopak czy narzeczony, nic z tych rzeczy. Ma dziewczynę i nie jest nią Kawusiowa, he he :). Ale i tak jest dla mnie Bożym błogosławieństwem. A ten post będzie właśnie o mocy błogosławieństwa.

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze aparaty były na klisze, próbowałam robić pierwsze zdjęcia. Wygłupialiśmy się z kuzynostwem, robiliśmy dziwne miny, wytykaliśmy języki i takie tam - jak to dzieciaki. Dostałam za to "marnowanie pieniędzy" takie pater noster, że odechciało mi się robić cokolwiek. Coś tam próbowałam, ale z tyłu głowy miałam, że nie umiem robić zdjęć, że robię złe zdjęcia... ostatecznie tak się zablokowałam, że przez dwadzieścia parę lat nie sięgnęłam po aparat. 

Tymczasem w posłudze na stronie (i na tej naszej, i na fp mojej wspólnoty) trzeba było czasem robić zdjęcia. Stanęłam okoniem. Powiedziałam, że ja zdjęć nie robię, a aparatem to już w ogóle! Nie umiem i koniec. Nie tłumaczyłam koledze, dlaczego, bo głupio mi było mówić, że trzyma mnie jakaś blokada z dzieciństwa. 

A ten łaził cały rok i... tłumaczył, jak się robi filmiki, zachęcał, żeby przodem do ludzi (bo łatwiej mi było robić ludziskom plecy, wiadomo, nie patrzą na mnie, ale to mało ciekawe :)), przysyłał jakieś linki do kursów fotografii dla początkujących i przede wszystkim gadał - żebym nie mówiła, że nie umiem, jak jeszcze nie zaczęłam się uczyć, i że będę robić dobre zdjęcia. Powoli się otwierałam, ale z zastrzeżeniem, że robię tylko na komórce. Nie oponował. Od czasu do czasu przypomniał zasady. 

Któregoś dnia po raz kolejny wyraził się pozytywnie o pracy, którą wykonywałam na stronie. Miało to taką moc, że stwierdziłam, że koniec z moim upieraniem się. To nie jest wolą Bożą. Nie po to Pan Bóg daje zadanie w Kościele do wykonania, żeby trzymać się starych ran. Zaczęłam się modlić o sprzęt i o to, żebym nauczyła się robić dobre zdjęcia. Zaczęłam też stawiać pierwsze kroki - nasza wspólnota prowadziła rekolekcje dla młodzieży, a ja aparat (pożyczony) w łapę i do roboty.

Teraz też mieliśmy rekolekcje, i to duże. Pierwszego dnia jeszcze się nie zebrałam. A drugiego dnia jeden z moich braci wspólnotowych widząc, jak nieśmiało wyciągam aparat, stwierdził, że pożyczy mi swój superobiektyw (który miał ze sobą, ale miał taką posługę, że za bardzo nie mógł fotografować), ustawił parametry tak, że musiało wyjść dobrze - no i do pracy. Nalatałam się po sali, napstrykałam (ludzie po trzech dniach modlitwy byli tak piękni, tak radośni, że nie było możliwe, żeby ktokolwiek źle wyszedł - ufff) i w dodatku miałam z tego frajdę.

Rekolekcje miały tytuł "Moc uwielbienia (Jerycho - burzenie twierdz warownych)". Jedna z tych twierdz właśnie padła. 

Bo z Tobą zdobywam wały,
mur przeskakuję dzięki mojemu Bogu.

Ps 18,30

sobota, 28 stycznia 2017

Największa jest miłość


Wczoraj w duszpasterstwie akademickim było spotkanie z ks. biskupem, podsumowujące ćwierćwiecze diecezji. Pomyślałam, że to będzie interesujące, ale... nie wiem, czy to kwestia postawionych pytań (rzeczywiście, stawiający je student trochę fruwał w obłokach), czy tego, że o pewnych poważnych sprawach gość nie chciał mówić - dość, że było bardzo ogólnikowe. Tak można mówić o każdej diecezji. A ja chciałabym wiedzieć, jak rozbudzić nasze miasto? Co zrobić, żeby w diecezji było więcej zakonów klauzurowych (jest tylko jeden dom!)? Jak trafić do tych, którzy są na Boga obojętni? 
Wracaliśmy z kolegą od stronki i - niestety - wzięło nas na narzekanie. Trochę na spotkanie, trochę na to, co się dzieje (a raczej nie dzieje). A po powrocie do domu na modlitwie przypomniały mi się słowa: "Cóż to za rozmowy prowadzicie ze sobą w drodze?" (Łk 24,17) - i parsknęłam śmiechem. Doprawdy, najważniejsi w diecezji, cały świat zreformujemy :). Jest jeszcze Pan Bóg nad tym wszystkim, a On, wbrew wszelkim czarnym wizjom, działa, i to potężnie. 
Trzeba nam wrócić do pierwotnej Miłości. Najpierw On, relacja z nim, potem się wszystko ułoży. Każde działanie.

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic bym nie zyskał.
(1 Kor 13,1-3)