Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 października 2016

Chusteczka


Znacie Gerarda Majellę? To szaleniec Boży, żyjący w XVIII wieku redemptorysta, skromny, pokorny brat, obdarzony niezwykłym darem wiary. A w związku z tym także czynienia cudów. Znany jest zwłaszcza z interwencji w trakcie trudnych porodów i wymadlania dzieci. Dziś usłyszałam kolejną historię o bracie Gerardzie, wiec się dzielę - i polecam :)
Opowiadał ojciec redemptorysta: ma siostrę, Kingę, głęboko wierzącą żonę i matkę. Zanim jednak urodziła swoje pierwsze dziecko, trafiła na oddział patologii ciąży. Tam poznała kobietę, która poroniła... siedmioro dzieci. Kolejna ciąża także była zagrożona, lekarze mówili, że nie ma szans. Kinga nie zdzierżyła: poprosiła brata o chusteczkę św. Gerarda (relikwie), położyła koleżance na brzuchu i modliła się, aby urodziła zarówno to maleństwo, jak i żeby mogła mieć jeszcze więcej dzieci. I rzeczywiście, jej koleżanka urodziła zdrowe maleństwo. Oby jeszcze spełniła się druga część modlitwy!

O tego chłopca się modliłam i spełnił Pan prośbę, którą do Niego zanosiłam.
(1 Sm 1,27)

piątek, 25 września 2015

Małe stopy i wielka miłość

Zaczęło się od tego, że Thais powłóczyła nóżką. Wydawało się, że to drobny defekt, który u dziecka łatwo da się poprawić ćwiczeniami. Tymczasem w dniu jej drugich urodzin okazało się, że choruje na nieuleczalną chorobę - leukodystrofię metachromatyczną. Co to oznacza? Powolne zanikanie funkcji nerwowych - motoryki, zmysłów - połączone z bólem, sztywnieniem ciała, doprowadzające do śmierci w ciągu 2-5 lat. Autorka opisuje powolne odchodzenie córeczki - to, jak powoli traci władzę w nogach, w rękach, mowę, wzrok, słuch... Dodatkowo okazuje się, że ich druga córeczka (i trzecie dziecko), o której życie toczy się walka od samych narodzin - choruje na tę samą chorobę.
A jednak to nie tylko opowieść o trudnym do zrozumienia cierpieniu czy tylko "o sile rodzicielskiej miłości". To także opowieść o miłości małżeńskiej, która przezwycięża kryzys. O miłości rodziny (dziadków, kuzynostwa). O miłości osób z zewnątrz (pielęgniarzy, wolontariuszy). O miłości między rodzeństwem. O mądrej miłości zarówno wobec chorych dzieci, jak i zdrowego dziecka.
Wreszcie - to opowieść o miłości, którą może dawać nawet ten, kto pozornie nie może nic dać.
Kiedy pada diagnoza o chorobie małej Thais, matka obiecuje jej, że te lata lata życia, które jej zostaną, będą wypełnione miłością. Ale tuż przed jej śmiercią widzi jeszcze coś:
"Tej nocy mam odwagę powiedzieć: życie Thais jest skarbem. Koncentratem miłości, którą Thais rozsiewa hojnie wokół siebie. Ileż osób, które przyszły do niej z wizytą - z solidarności, ze współczucia, z miłości; zresztą mniejsza o powód - przeżyło to bardzo głęboko, było wręcz wstrząśnięte! Nie w tym rzecz, że doznały szoku, jakby pod wpływem zbyt nagłych przeżyć. Te osoby nie były przybite, zdruzgotane. Nie. Były wstrząśnięte, bo doświadczyły czegoś zupełnie innego - czegoś, co emanowało od Thais mimo jej bólu i cierpienia. Te osoby zostały zarażone o wiele bardziej zakaźną chorobą...".
Film o historii Thais jest też dostępny tutaj.

Anne-Dauphine Julliand, Ślady małych stóp na piasku, Wyd. Św. Wojciech, Poznań 2014.

czwartek, 20 sierpnia 2015

Maluchy i inni



Jako wspólnotowa ciocia co jakiś czas opiekuję się dziećmi, a że Pan Bóg wspólnocie w dzieciach pobłogosławił (dzisiaj właśnie przyjaciele podzielili się radością, że oczekują Trzeciuszka), to i jest się kim zajmować. Kiedy do nich idę, proszę Pana Jezusa, żeby sam się nimi zaopiekował. Zapraszam do tego jeszcze aniołów stróżów, a czasem świętych. Tak więc wczoraj pewien łobuziak był po prostu rozkosznie słodki (nie to, żeby nie dokazywał... ciocię aż kręgosłup bolał, ale co tam :)). A dzisiaj w drodze zaczęłam się zastanawiać, kto właściwie jest patronką dziewczynki, do której idę (bo jej braciszek ma nawet kilku patronów). Ponieważ nie byłam pewna, a imię Zelia brzmiało dość podobnie, więc poprosiłam mamę Małej Tereski o wstawiennictwo. Skoro ją, to i męża. A potem wszystkie panny Martin.
Bawimy się tedy z maluchami, nagle patrzę, a dzieci przeglądają książeczkę z wierszykami po... francusku! Gdybym w tym domu spotkała książkę po angielsku, litewsku czy ukraińsku, wcale bym się nie zdziwiła. Ale francuski? Ani chyba panny Martin chciały zapewnić, że się gorąco modlą!

Pozdrawiają was wszyscy święci! (2 Kor 13,12)

wtorek, 7 lipca 2015

Najpiękniejsza z kobiet, czyli...

Duet Giga&Malwa znów przygotował coś dla dzieci - tym razem komiks. W deszczowy dzień mały Gabryś okropnie się nudzi, ale rodzice zabierają go na koncert... ewangelizacyjny (co prawda książka nie trafi tylko do rodzin zaangażowanych we wspólnotach. Ale może to i dobrze, bo przynajmniej czytelnik spyta, co to takiego, może zechce się wybrać - a wbrew pozorom takich koncertów jest coraz więcej, nawet w małych miejscowościach). Chłopca rozpiera duma, bo tata tak pięknie gra na gitarze, poza tym intryguje go piosenka, zagrana na koniec koncertu. Kim dla rodziców jest Maryja, dlaczego śpiewa się o Niej, że jest "najpiękniejszą z kobiet"? Jakby tego było mało, Gabrysiowi nocą śni się spotkanie ze Świętą Rodziną - może więc nosić małego Jezusa na rękach, poprowadzić osiołka, popatrzeć na wzajemne relacje Maryi i Józefa (widać, że autorki są stałymi bywalczyniami rekolekcji ignacjańskich) i zobaczyć, dlaczego mama i tata twierdzą, że to Oni pomagają im być lepszymi rodzicami.
Prócz komiksu jest jeszcze kolorowanka i krzyżówka (czyli książka w sam raz do zabrania, jeśli rodzina wybiera się z dzieckiem tam, gdzie maluch może się nudzić).

Inga Pozorska, Malwina Kocot (Giga&Malwa), Gabryś i najpiękniejsza z kobiet, Wyd. Ośrodek Odnowy w Duchu Świętym, Łódź 2014.

wtorek, 2 grudnia 2014

O takich, co się troszczą i chrapią

Autorki fenomenalnego zbioru świadectw o różnych obliczach macierzyństwa zapowiadały, że powstanie książka o ojcach. I nie zawiodły. Tym razem przemówili mężczyźni - i to prawdziwi, nie uciekający przed cierpieniem, kochający, odpowiedzialni. A jednocześnie bardzo różni, bo mówiący zarówno o ojcostwie biologicznym, adopcyjnym, jak i duchowym. Panowie opowiadają prosto, bez patosu, z poczuciem humoru - a książka wciąga od pierwszej strony.
I oczywiście, jak i poprzednio, dołączone są wypowiedzi dzieci: "Mój tata jest duży i mój" (Marcin); "Tata wszystko może, bo ma silne moce" (Jurek); "Tata to jest nasz opiekowacz, który się o nas troszczy. A najlepszym tatą jest Bóg. Nasz tata się troszczy i strasznie chrapie" (Staś).

Daga Duke, Joanna Sztaudynger, Tata po prostu jest, Wyd. Ośrodek Odnowy w Duchu Świętym, Łódź 2014.

wtorek, 22 lipca 2014

Po prostu Jaśki

Gorąco polecam! Książka dla chłopców, dla rodziców chłopców, dla cioć chłopców (wujkowie należą do tej pierwszej grupy, nieprawdaż? :)). Wydawca reklamuje ją słowami "nowi kumple Mikołajka" - cóż, Mikołajka nigdy nie czytałam (tak, to możliwe!), oglądałam tylko film, więc nie mogę porównywać... ale o ile dobrze pamiętam, Mikołajek był jedynakiem. Tymczasem tytułowe Jaśki to sześciu braci o imionach: Jan-A, Jan-B, Jan-C, Jan-D, Jan-E, Jan-F. Chłopcy, jak to chłopcy - lubią wpadać w tarapaty, toczyć bitwy na ziemniaki, poduszki i skarpetki, udawać, że się myją, planować, że w przyszłości zrobią wielkie rzeczy, wykłócać się z kuzynami, strajkować o dostęp do telewizji, budować szałasy, przynosić do domu zwierzaki... Ogólnie mówiąc, choć nieraz rodzice tracą do nich cierpliwość, a tata straszy synów wysłaniem do szkoły wojskowej z internatem, nie sposób ich nie polubić... i oczywiście nie zapolować na kolejną część.

Jean-Philippe Arrou-Vignod, Jaśki, Znak, Kraków 2010.

sobota, 14 czerwca 2014

Miłość silniejsza niż śmierć

Cieszę się, że ta książka powstała. Autorka (którą niektórzy znają z pewnego bloga o miłości małżeńskiej i rodzicielskiej) w subtelny sposób dotyka tajemnicy śmierci i tego, jak o niej rozmawiać z dzieckiem. A nie zawsze jest łatwo. Czasem starsi próbują uciekać do półprawdy, nieraz nawet do oszukiwania, a dzieci doskonale potrafią wyczuć, że coś jest nie tak.
Mały Antoś, nie rozumiejący zbyt dobrze choroby i umierania ukochanej babci, zostaje w tajemniczy sposób przeniesiony do starożytnego Izraela. Przebywając najpierw ze Świętą Rodziną, potem - z Jezusem i Maryją, uczy się wiele o miłości - której czasem się nie rozumie, która jest cierpliwa i która trwa wiecznie, nawet jeśli tu na ziemi się kończy.
Wzruszyłam się, czytając tę książkę. I wierzę, że przyda się też dużo młodszym ode mnie.

Emilia Litwinko, Babcia. Opowieść o zwycięstwie miłości nad śmiercią, eSPe, Kraków 2014.

środa, 4 czerwca 2014

Dzieci wiedzą lepiej

Kolejna książka duetu Giga&Malwa (chronologicznie pierwsza... ale nowa na mojej półce). To utrzymana w pogodnym tonie przypowieść dla dzieci o tym, jak to uczone głowy zebrały się "przy kanapkach i soku morelowym", by obradować nad tym, kim jest Pan Bóg. Jednak dorosły czytelnik także może postawić sobie pytanie: czy wpadłby na prostą odpowiedź, jakiej udzielił mały chłopiec? Czy rzeczywiście Bóg jest dla niego Tatą? I co to właściwie oznacza?

Inga Pozorska, Malwina Kocot, Uczone głowy, Jaś i Bóg, Wyd. Ośr. Odnowy w Duchu Świętym, Łódź 2012.

czwartek, 15 maja 2014

Jak wyglądają cudne manowce?

Przymierzałam się do niej dość długo, no ale skoro powstał film, to wypadało przeczytać. Nie wiadomo, czy na film się wybiorę (zresztą jedni mówią, że dobry, a inni straszą, że protestancki kicz), a co słowo pisane to słowo pisane.
To nie tylko historia "o chłopcu który odwiedził niebo". Ojciec Coltona słusznie zauważa, że w życiu jego rodziny zaistniała pewna - nieprzypadkowa - sekwencja wydarzeń. Z jednej strony więc mamy pastora, który stara się być wzorem dla swojej wspólnoty (dołóżmy jeszcze amerykańską filozofię sukcesu i to, że pewnie jako duchowny podlega podobnym osądom, jak księża katoliccy), a który nagle doświadcza następujących w niewiarygodnym tempie niepowodzeń i chorób (dochodzi do tego, że jego koledzy nazywają go "pastorem Hiobem"), z drugiej zaś żona pastora, nauczycielka, troskliwa matka, cierpiąca od lat z powodu poronienia dziecka (i braku jakiegokolwiek pożegnania z nim). Kiedy wydaje się, że zła passa rodziny Burpo dobiega końca, ciężka choroba dotyka ich czteroletniego synka. Źle zdiagnozowany, trafia bardzo późno do szpitala i tam podczas operacji na krótką chwilę opuszcza ziemską rzeczywistość. To, że w tym czasie odwiedził niebo, wypływa w kilka miesięcy później.
Ile są w stanie wyciągnąć z Coltona rodzice? Tyle, ile czterolatek jest w stanie zrozumieć i opowiedzieć. Jest to jednak dla nich obojga umocnienie w wierze. Matka wreszcie odczuwa ulgę, słysząc, że jej zmarłe dziecko jest w niebie. A ojciec uczy się, że przed Bogiem nie trzeba udawać kogoś perfekcyjnego - w końcu jego wyrzuty, żale, lęk o życie dziecka zostały w niebie nazwane właśnie modlitwą. Docenia też rolę modlącej się wspólnoty.

Todd Burpo, Niebo istnieje... Naprawdę!, Rafael, Kraków 2011.

A na koniec trochę muzyki. Podczas operacji dla Coltona śpiewali aniołowie. Co prawda malec wolał rockowe kawałki, ale zamiast tego usłyszał gospel... zapewne w dobrym wykonaniu:

środa, 19 marca 2014

Wierny przyjaciel lekarstwem życia

Za pomocą krótkiej historii z życia dwójki przyjaciół autorki pokazują, że reguły rozeznawania św. Ignacego można wykorzystywać w całkiem zwyczajnych sytuacjach. Także sugestywne ilustracje, dobrze przedstawiające odczuwane przez głównego bohatera emocje i nastroje, ukazują, w jaki sposób oddziałują na człowieka myśli przychodzące bądź to od ducha złego, bądź to od ducha dobrego.
Co zrobi Ignacy? Czy pogodzi się z przyjacielem? Zobaczcie...

Inga Pozorska, Malwina Kocot, Ignacy i drogocenny skarb, Wydawnictwo Ośrodek Odnowy Życia w Duchu Świętym, Łódź 2013.


piątek, 3 stycznia 2014

Po drugiej stronie szafy

Ostatnio nie wiedziałam już, gdzie ręce włożyć... więc w (rzadkich) wolnych chwilach w ramach odpoczynku sięgałam po co lekkiego. Niektóre z tych książek znałam jako dziecko (coś tam można było wygrzebać w małej wiejskiej bibliotece), ale wtedy bardziej ciekawiły mnie wątki przygodowe. Z moją naturą pędziwiatra w Podróży "Wędrowca do świtu" i Srebrnym krześle zaczytywałam się chyba kilkanaście razy. Nie wiem, czy zauważałam wtedy jakieś motywy chrześcijańskie... a przynajmniej nie poruszały mnie tak bardzo, jak teraz. Człowiek odnajduje w lekturze coś bliskiego, znajomego - podanego jednocześnie w bardzo delikatny, nienachalny sposób: słowa o mocy modlitwy, kontemplacji, zaufania. Nie wiem, czy Lewis znał reguły rozeznawania św. Ignacego, ale miejscami po prostu "mówi Ignacym" - zwłaszcza wtedy, kiedy jego bohaterowie walczą o to, by nie poddać się zwątpieniu czy fałszywym obrazom rzeczywistości. Dwa ostatnie tomy są chyba najtrudniejsze. To już nie powieść przygodowa. Zwłaszcza Ostatnia bitwa, w której wydaje się, że zło zupełnie zwyciężyło. Autor jednak, nawiązując do motywów apokaliptycznych, pokazuje, że ma ono swój kres, a bohaterowie, po przejściu przez noc wiary, spotykają się wreszcie z Tym, któremu uwierzyli. Dla nas to koniec wszystkich opowieści i można tylko dodać, że odtąd już zawsze wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Lecz dla nich prawdziwa opowieść dopiero się zaczęła. Całe ich życie w tym świecie i wszystkie przygody w Narnii były zaledwie okładką i stroną tytułową; teraz rozpoczynali wreszcie Rozdział Pierwszy Wielkiej Opowieści, jakiej nikt jeszcze na ziemi nie czytał - opowieści, która trwa wiecznie i w której każdy rozdział jest lepszy od poprzedniego.

Clive Staples Lewis, Opowieści z Narnii, Media Rodzina, Poznań 2007.

niedziela, 22 grudnia 2013

Ekstremiści

Aaaaa, co za okładka!... Gdybym nie przeczytała na pewnym forum, że dobra książka, to pewnie bym się nie odważyła sięgnąć. A tak to gorąco polecam.
Autorka pisze: wraz z mężem uprawiamy od wielu lat sport ekstremalny. Nazwa dyscypliny: życie w wielodzietnej rodzinie. Tak, tak, Szanowny Czytelniku, to bardzo niebezpieczne wyzwania, dające ogromną dawkę adrenaliny, życie w nieustannym oczekiwaniu na kolejne niespodzianki i brak jakiejkolwiek możliwości wcześniejszego przygotowania. Nasz przeciwnik to zbiorowisko niezwykłych umysłów, artystów w dziedzinie znajomości naszych zachowań, niebezpiecznych i pociągających jak te syreny, które zagrażały Odyseuszowi. Jednocześnie usiłujesz je opanować i masz świadomość, że jesteś gotów oddać za nie życie. To nasze dzieci. Najstarsze z nich są już prawie dorosłe, gdy okazuje się, że mama oczekuje kolejnego dziecka. Dziesiątego. Oczekiwanie na jego narodziny jest motywem przewodnim tej ciepłej i pełnej humoru opowieści o życiu pewnej zwariowanej, ale bardzo kochającej się rodziny z Trójmiasta. Nie brak tu również refleksji nad absurdami szkolnymi (słynne jednorazowe podręczniki), związanymi ze służbą zdrowia (biurokracja ponad wszystko...) czy z wprowadzaną na siłę ideologią gender. Autorka pisze także o walce o życie jednego z najmłodszych dzieci - każde z jej potomków to zresztą osobna historia. I oczywiście - mimo pewnych niezgodności czy nieporozumień - ogromnie kocha swojego męża.

Justyna Walczak, Dom pełen kosmitów, The Facto, Warszawa 2013.

czwartek, 31 października 2013

Co wyrośnie z urwisa

Jest teraz akcja na Facebooku, która mi się nawet podoba - aby w okolicach Wszystkich Świętych zmienić swoje zdjęcie profilowe na ikonę lub zdjęcie świętego patrona. Zaroiło się tedy od Piotrów, Wojciechów, Agnieszek... Moja patronka na swoim zdjęciu ma tak fantastyczny uśmiech, że gdyby nie uszy, to chyba byłby dookoła głowy. Kolega wstawił św. Józefa. Gapię się na ten obraz i myślę: "Dlaczego św. Józef robi konfesjonał?". W końcu doszłam do wniosku, że to jednak co innego. Ale mógłby być i ten konfesjonał, w końcu święci nieraz mieli genialną intuicję, sięgającą poza ich czasy.
Tak to właśnie jest z książką dla dzieci, napisaną przez św. Urszulę Ledóchowską i drukowaną początkowo w odcinkach w latach 1937-39. Co prawda malowniczo opisywane realia dotyczą lat 30. XX wieku, ale pewne sytuacje, o których pisze autorka, zdarzają się dzisiaj - jak napisała we wstępie Irena Bylicka, dziś nazwalibyśmy Olka, bohatera powieści - eurosierotą. Poza tym dorosłemu czytelnikowi nasuwają się pytania (które pewnie św. Urszuli, fascynatce pracy z młodzieżą, spędzały sen z powiek) - w jaki sposób przeprowadzić człowieka od złego ku dobremu? Skąd w ogóle bierze się zło w sercu? Jak doprowadzić do przemiany, jeśli człowiek w swojej przewrotności szuka tylko tego, co dla niego dogodne i nie potrafi być wdzięcznym? Jak duży jest wpływ środowiska na czyjeś postępowanie? Co zrobić, aby zdobyć zaufanie kogoś, kto został bardzo zraniony? Jak wyjść z roli ofiary i wziąć odpowiedzialność za własne życie?
Święta Urszula pokazuje, że ofiarowane dobro powraca, nieraz jeszcze większą falą, mówi też jednak o tajemnicy cierpienia. Dlatego lektura przeznaczona jest raczej dla starszych dzieci. A zakończenie utworu potrafi wzruszyć.

św. Urszula Ledóchowska, Z urwisa bohater, Edycja Św. Pawła, Częstochowa 2009.

niedziela, 27 października 2013

Lek na całe zło

Czytanie książek i robótki ręczne mogę teraz wykonywać jedynie ciemną nocą, bo trafiło mi się coś do korekty - żebym tylko jeszcze rozumiała, o czym gość pisze (fizyka z wyższej półki) :). Wczoraj późną nocą sięgnęłam więc po coś lekkiego, czyli książkę ks. Dziewieckiego dla nastolatków. Ks. Dziewiecki zajmuje się profilaktyką uzależnień i tym razem swoje poglądy wkłada w usta jedenastoletniej Marysi i jej rodziny. A rodzina Marysi - zwanej przez ojca Perełką - jest całkiem zwyczajna, czasem popełniająca błędy (przeczytajcie historię o wyjeździe wakacyjnym albo o babci, która przekarmia wnuka lodami i słodyczami, a potem dziwi się, że ów nie chce jeść warzyw), ale zawsze pełna miłości. Oni naprawdę lubią ze sobą przebywać, pracować, rozmawiać, marnować dla siebie czas (ojciec decyduje się w adwencie ograniczyć oglądanie telewizji, żeby mieć więcej czasu dla rodziny). Dlatego też pamiętnik Marysi jest zapisem różnych rozmów i dylematów, które w zaufaniu powierza (jeszcze, w końcu ma tylko 11 lat) właśnie ojcu i matce. A im też w atmosferze wzajemnego zaufania łatwiej przekazywać zasady i wartości, którymi żyją (a nie są chrześcijanami jedynie z nazwy). W trakcie rozmów o trudnościach, które przeżywają ich znajomi i przyjaciele, rodzice wskazują, że kluczem do rozwiązania wielu sytuacji jest właśnie miłość. Jednocześnie ta miłość nie może być ślepa, nie może uciekać od prawdy.
Marysia przeżywa pierwsze zakochanie, śmierć w rodzinie, ale także cierpienie koleżanki, która, wzrastając w rodzinie alkoholowej, postanawia targnąć się na własne życie. I to właśnie dla niej Marysia decyduje się zapomnieć o sobie. Wiem, że Kinga potrzebuje ode mnie jakiegoś bardzo osobistego znaku. Muszę zdobyć się na odwagę i zaryzykować. Inaczej ona nie uwierzy, że istnieje prawa strona życia. Inaczej nie uwierzy, że ktoś ją kocha i że ktoś na nią czeka. I może nie przejść na Bożą stronę życia. Może nie wrócić do Miłości. A przecież ostatecznie w świecie ludzi istnieją tylko dwie strony życia: ta, po której kochamy i ta, po której umieramy.

ks. Marek Dziewiecki, Pamiętnik Perełki, Wydawnictwo Jedność, Kielce 2003.

niedziela, 13 października 2013

Nie musisz się odchudzać

Dzieci są fajne. Jedno obślini ciocię, bo mu ząbki rosną. Drugie namiętnie będzie wycierać nosek w twoją niedzielną bluzkę. Trzecie wysmaruje ci czubki butów kremem do pupy... bo właśnie smarowało buźkę swoją i młodszego brata, no to hurtem wszystko po drodze.
A jakie są mamy? Moja mama jest mądra. Wie, że łyżka do sałaty to łyżka do sałaty, a nie zwykła łyżka. (...) Jak mamy nie ma, to jest trochę smutno. (...) Mama jest wesoła, gdy nie boli ją głowa. A nie lubi, jak jej się coś nie uda. A kto to w ogóle jest mama? Mama to ktoś, kto rodzi dzieci, potem je karmi, nosi na rękach, czyta książki i przytula.
O tym właśnie mówi ta książka. Autorki zebrały wypowiedzi siedmiu matek, mówiących o różnych wymiarach macierzyństwa: biologicznym, adopcyjnym, duchowym, o doświadczeniu narodzin, ale i straty dziecka. To jednak także opowieść o mężczyznach - którzy jeśli tylko są dobrymi mężami i ojcami, sprawiają, że kobieta rozkwita przy nich jako żona i matka. Jeśli zaś nie...
Tytuł wziął się z wypowiedzi jednej z bohaterek: Gdybym była matką biologiczną, nigdy nie zdecydowałabym się na adopcję, a wtedy nie poznałabym mojego  najukochańszego synka, który teraz ma trzy lata i powtarza na każdym  kroku: "Tocham tylko mamę. Tylko mamę luba. Mama piękna jest. Chuda". To ostatnie wyznanie jest szczególnie ważne, bo jestem na nieustannej diecie odchudzającej.
Jestem ciekawa, jak lekturę odbierają matki, które mają własne dzieci (jeszcze małe czy też już dorosłe) - bo jednak bycie przyszywaną ciocią to ciągle tylko bycie przyszywaną ciocią. Osobiście cieszę się, że autorki zwróciły uwagę na wymiar macierzyństwa duchowego (jedna z bohaterek jest dziewicą konsekrowaną i ma... 11 chrześniaków). Pewnie inaczej będą ją czytać mamy, które wstają do malucha w środku nocy, zastanawiają się, jak zaleczyć wysypkę pod brodą i z kim zostawić dzieci po południu, kiedy akurat muszą gdzieś wyjść. Ale polecam wszystkim mamom i... ciociom.
Autorki szykują już książkę o ojcach.

Daga Duke, Joanna Sztaudynger, Mama jest piękna i chuda, Wyd. Ośrodek Odnowy w Duchu Świętym, Łódź 2013.

PS: Chciałam wrzucić filmik, w którym autorki wypowiadają się o książce. Ale ponieważ nie umiem wstawiać filmów :(((, więc zajrzyjcie po prostu tutaj: http://www.youtube.com/watch?v=VkPZIe_XpuY


środa, 14 sierpnia 2013

Ewangelizator nie może wyglądać jak skwaszony ogórek


Miłość wymaga, by apostoł był pogodny i radosny: Nie może wyglądać jak skwaszony ogórek, musi przezwyciężać siebie, a w momentach ciężkich, gdy już nie możemy dać sobie rady ze sobą i jesteśmy specjalnie trudni dla ludzi, jest jeszcze wyjście: albo się pomodlić, albo iść się przespać. Ale ludziom lepiej w takich sytuacjach na oczy się nie pokazywać, by nie powiedzieli o nas: "A to jędza!". (kard. Stefan Wyszyński)
Stefek to genialna książka, stworzona chyba specjalnie po to, aby czytelnik nie wyglądał jak skwaszony ogórek. Piotr Kordyasz, zbierając wspomnienia o dzieciństwie kardynała Wyszyńskiego, nie przedstawił ich w klasyczny sposób, jako zbiór wypowiedzi różnych osób, ale stworzył z nich książkę dla dzieci. Mali czytelnicy będą więc mieli frajdę, czytając o przygodach Nastusi, Stefka, Stasi, Janeczki i Wacka (a były to maluchy żywiołowe, radosne i ciekawe świata). Poznają też przy okazji fragment biografii Sługi Bożego, dowiedzą się o historii Polski, o zwyczajach religijnych, o życiu na wsi u początku dwudziestego wieku. Mankamentem są miejscami trochę długie monologi, które autor wkłada w usta ojca rodziny, pana Stanisława Wyszyńskiego... ale młody mol książkowy powinien sobie z tym poradzić. 
Swego czasu czytałam dużo wypowiedzi Prymasa albo wspomnień o nim i zastanawiałam się, jaką on musiał mieć rodzinę, a szczególnie, jaki musiał być ojciec, skoro kardynał w tak wspaniały sposób potrafił... ojcować (zresztą przyjaciele mówili o nim "Ojciec"). Autor Stefka - spokrewniony ze śp. Marią Okońską, jedną z najbliższych współpracownic Prymasa - miał zapewne wiadomości o tym z pierwszej ręki. W jego opowieści więc widzimy dwójkę młodych ludzi (pamiętajmy, że kiedy Julianna Wyszyńska umierała, miała zaledwie 33 lata), którzy tworzą dom pełen miłości. Ta miłość stawia też wymagania - ale dzieci ufają rodzicom, bo czują się z nimi bezpiecznie. To ludzie odważni, którzy w czasach zaborów nie boją się przedstawiać dzieciom prawdziwej historii Polski (zresztą pan Stanisław zabiera ze sobą syna na tajemnicze wyprawy, podczas których naprawiają groby powstańców). Są także ofiarni, uczą dzieci troski o biednych, samotnych, szacunku do kobiet, do starszych - właściwie bardziej tym, co robią, niż słowami. Małżonkowie są wreszcie pobożni - zresztą w domu organisty jest to całkiem naturalne - i potrafią wytłumaczyć dzieciom prawdy wiary (sami zaś przekomarzają się ze sobą o to, która Matka Boża jest bardziej skuteczna - Ostrobramska czy Jasnogórska).
Poprawiłam sobie wczoraj humor tą książką, zwłaszcza że ostatnio miałam kontakt z ludzką przewrotnością i ręce mi opadły... ale przecież od czego są święci, jeśli nie od dodawania odwagi? Ojcze Wyszyński - Stefku - dziękuję!

Piotr Kordyasz, Stefek, Verbinum 2001.

piątek, 19 lipca 2013

Ale tu czysto!

Pamiętacie takie książki, jak Przygody Scyzoryka czy Jacek, Wacek i Pankracek (swoją drogą, jak można dać dziecku na mię Pankracy... chyba zawsze będę mieć skojarzenia z kudłatym psem z telewizji... tak, wiem, że książka powstała dużo wcześniej niż program telewizyjny)? Ich bohaterem był siedmioletni chłopiec, opowiadający o swoim pierwszym zetknięciu ze szkołą, rówieśnikami, nowymi obowiązkami. Joanna Ryguła również oddaje głos siedmiolatkowi, Jankowi. On jednak (podobnie jak jego młodszy brat) nie chodzi do szkoły - rodzice wraz z sąsiadami prowadzą - coraz bardziej zresztą popularną - edukację domową. Janek nie żyje więc rytmem szkoły, ale rytmem domu. Wbrew pozorom, kontaktu z rówieśnikami (rodzeństwem, dziećmi z sąsiedztwa) ma całkiem sporo. W ciekawy sposób jest tu zaznaczona rola ojca - zapracowanego, ale jednocześnie wzbudzającego poczucie bezpieczeństwa, gotowego wysłuchać i pomagać rozwiązywać dziecięce dylematy, pełnego pomysłów (np. męska wyprawa). Co mnie uderza w tej książce, to jakaś szczególna... czystość. Janek i Jędrek to zwykli chłopcy, czasem rozrabiający, czasem strzelający focha, ale jednocześnie tak bardzo radośni i ciekawi świata, jak potrafią być te dzieci, które czują się bezpieczne i kochane, które nie doświadczyły zła czy przemocy (przypomina się od razu wcześniej wspomniany na blogu Tim Guenard), w których świat nie zniszczył dziecięcej wrażliwości. I oby takimi mogły zostać jak najdłużej.

Joanna M. Ryguła, Mama, tata i nas czworo, Fundacja Nasza Przyszłość, Szczecinek 2010.