środa, 30 grudnia 2015

Syberia inaczej

Siedziałam kiedyś w autobusie, a nieznane dziewczę obok mnie zaczytywało się w jakiejś lekturze. Zaczęło mnie to nawet intrygować, więc zaglądałam jej przez ramię, cóż tam czyta, ale współpasażerka dzielnie nie pokazywała okładki. I kiedy już miałam wysiadać - odsłoniła ją! Tak, oczywiście, mogłam spytać, co to za książka - ale po co sobie życie ułatwiać, nieprawdaż?
Raczej tego nie robię, ale poszperałam najpierw po blogach, czy w ogóle do lektury warto zaglądać. Zarzut wobec książki Małgorzaty Szumskiej pojawiał się właściwie jeden: że pojechała śladem swoich dziadków, zesłanych na Syberię i do Kazachstanu, kompletnie nieprzygotowana, nie znając języka, zwyczajów, geografii, wszelkie niebezpieczne sytuacje, w które się pakowała, kwitując: "no bo ja jestem blondynką". Rzeczywiście, gdyby przygotowała się lepiej, pewnie mogłaby podzielić się czymś więcej, niż tylko emocjonalnymi wrażeniami. Ale sam obraz, który rysuje, i tak jest dość interesujący.
Szumska przedstawia dwie historie - z jednej strony dramatyczne losy własnych dziadków, z drugiej - własną podróż. Historia sprawia, że Janka i Staszek w wieku dwudziestu paru lat są o wiele bardziej dojrzali - "Margarita" może sobie pozwolić na radość łażenia po Moskwie bez mapy, spania byle gdzie, spotkania z zupełnie przypadkowymi osobami. Z drugiej jednak strony ma się wrażenie, że "Rosja to stan umysłu" - wciąż cenzura, manipulacja w mediach, rozbudowana biurokracja, szukanie namiastek duchowości.
Czy warto przeczytać - tak, bo to spojrzenie na historię prześladowań komunistycznych z zupełnie innej perspektywy. Ale z kwestii przyziemnych: brakuje mapy podróży.

Małgorzata Szumska, Zielona sukienka, Znak, Kraków 2014.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Dla Ciebie jestem sobą...


Szperam po sklepach w poszukiwaniu czegoś na sylwestra, ale na moją nietypową figurę trudno kupić jakieś ubranie... a może przebranie? Czy w tej sukience, której przecież nie założyłabym na co dzień, to rzeczywiście ja?

Rozmawialiśmy kiedyś z kolegą o tym, jak nieraz próbujemy dostosować się do ludzi, przypodobać się im, byleby tylko ich nie stracić. Może nawet rezygnujemy z czegoś, co jest dla nas ważne. A i tak ich czasem tracimy.

Wiem, że przed Bogiem nie muszę udawać kogoś, kim nie jestem. Nie muszę grać kogoś lepszego lub gorszego, żeby zasłużyć na Jego miłość. On mnie lubi. Jak dobrze...


Panie, przenikasz i znasz mnie,
Ty wiesz, kiedy siadam i wstaję.
Z daleka przenikasz moje zamysły,
widzisz moje działanie i mój spoczynek
i wszystkie moje drogi są Ci znane.
Choć jeszcze nie ma słowa na języku:
Ty, Panie, już znasz je w całości.
Ty ogarniasz mnie zewsząd
i kładziesz na mnie swą rękę.
 
(Ps 139,5)

niedziela, 20 grudnia 2015

Życzenia


Wiem, że do świąt jeszcze parę dni, ale jak wyjadę do krainy bez zasięgu, to nic wam nie napiszę :)

Mili czytelnicy i zaglądacze  - życzę wam w trakcie świąt Narodzenia Pańskiego i w nadchodzącym nowym roku obfitości łask Bożych, a szczególnie doświadczenia Jego troski i wierności. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego (Łk 1,37).

Bardzo dozwolona broń

Wiecie, co mnie zawsze zniechęcało do książek Marii Vadii? Te okładki i duże litery w niewłaściwych miejscach... A jednak do środka warto zajrzeć.
Strzała to zachęta do modlitwy wstawienniczej (szczególnie rodziców za dzieci). Autorka zwraca uwagę, że - aby wiedzieć o co i jak się modlić - trzeba najpierw przylgnąć do Boga i słuchać Jego głosu, a On da światło. Zachęca, aby się nie zamartwiać, aby ufać na przekór okolicznościom. Paweł Apostoł mówi, abyśmy o nic się nie troskali. Zamiast tego mamy z dziękczynieniem przerzucić nasze zmartwienia na Pana, a Jego pokój będzie strzegł naszych serc i umysłów. Pomiędzy nami a Panem musi nastąpić wymiana: my dajemy Mu nasze troski i zmartwienia, wszystko, co nas niepokoi, a a On w zamian za to daje nam Swój pokój. Co za transakcja! Vadia opowiada też kilka niezwykłych historii wysłuchanych modlitw, jak na przykład wtedy, kiedy wraz z przyjaciółmi modlili się, aby Pan Bóg uchronił ich miasto przed cyklonem. Ktoś w pewnym momencie w trakcie modlitwy użył sformułowania: "Cyklonie, wyjmujemy ci oko". Jakież było ich zdziwienie, gdy w wieczornych wiadomościach podano, że oko cyklonu traci na sile...

Maria Vadia, Strzała w Jego ręku, Rhema, Lublin 2011.

Rozwiązanie


Wracam  wczoraj do domu i coś gorąco rozkminiam... ostatecznie na klatce schodowej kończę jakoś tak: "Teraz to się trzeba skoncentrować na Panu Jezusie!". Podnoszę głowę i kogo widzę? Księdza, który przyszedł z Panem Jezusem do chorych. 

Uwielbiam poczucie humoru Pana Boga!

A Ten będzie pokojem (Mi 5, 4a).

środa, 9 grudnia 2015

Na Rok Miłosierdzia

Książka do zabrania na długą drogę przez niemal całą Polskę - a czyta się bardzo dobrze, zwłaszcza jeśli ktoś lubi pogłębiony kontekst historyczny. Autorka pisze nie tylko w kluczu chronologicznym, ale i geograficznym (w jaki sposób święta była związana z daną miejscowością). Z książki można się dowiedzieć o problemach, jakie napotykał kult Bożego Miłosierdzia, o kiepskim pierwszym tłumaczeniu Dzienniczka, o warunkach życia w klasztorach u początku XX wieku. Przede wszystkim jednak można zapoznać się ze świętą Faustyną - z jednej strony kobietą bardzo głęboko oddaną Bogu, wchodzącą w błyskawicznym tempie na wyżyny życia duchowego, z drugiej jednak - bardzo bliską, doświadczającą choroby, niezrozumienia, pokrzyżowania planów...

Ewa Czaczkowska, Siostra Faustyna. Biografia świętej, Znak, Kraków 2012.

czwartek, 26 listopada 2015

Bo one są

Cóż to za chłopiec piękny i młody... Nie, nie, to nie żaden bohater z powieści fantasy ani jakiś smętny Edzio (wyrażenie zapożyczone od Ani z bloga Lektury wiejskiej nauczycielki, opisujące pewnego wampira - prawda, że cudne?). Wpadlibyście na to, że to... św. Franciszek Ksawery? Postać nietuzinkowa - owszem, Boży narwaniec, który, jeśli tylko dowiedział się, że na jakimś dalekim lądzie nie znają Chrystusa, musiał się tam znaleźć (coś jak miłośnicy wspinaczek wysokogórskich: "Czemu wy właściwie wchodzicie na te góry?" "Bo one są"). Ale niestety - to tylko powieść. Jest tu na przykład epizod, w którym marynarze wraz z Ksawerym odmawiają Litanię loretańską, wzywając "Matkę dobrej rady" - tymczasem to wezwanie dopisano do litanii dopiero w 1903 roku. To dobra lektura, żeby zaciekawić życiorysem świętego, autor korzysta też z jego listów i wspomnień współbraci. Ale nie wiem, czy momentami wyobraźnia za bardzo go nie poniosła...

Louis de Wohl, Rozniecić ogień, Wyd. Diecezjalne i Drukarnia w Sandomierzu, Sandomierz 2014.

środa, 25 listopada 2015

Błogosławcie!


Jak niektórzy z was wiedzą, od jakiegoś czasu mam bogate wnętrze, czyli endoprotezę biodra. To bardzo fajne ustrojstwo - można wybrać się na ewangelizację nadmorską, ale i na zwyczajny, długi spacer (a bardzo to lubię) bez obawy, że nagle ból nóg będzie tak mocny, że nie będę wiedziała, czy zrobię jeszcze krok. 

Kiedyś, kiedy jeszcze nie miałam endo, zdarzyło mi się, że wracałam ze starówki na swoje osiedle. Teraz to byłby przyjemny, półgodzinny spacer. Wtedy to była męczarnia, a w połowie drogi nie wiedziałam już, jak dojdę do domu. Nagle... jak spod ziemi wyrosła przede mną Pani Asia. Pani Asia cierpi na schizofrenię i jeszcze kilka innych chorób, poznałam ją na stażu z urzędu pracy. Na mój widok zaczęła wołać na całą ulicę: "Pani xxx, niech panią Bóg błogosławi! Niech da pani zdrowie! Niech panią błogosławi!...". Powtórzyła to jeszcze parę razy i... uwierzcie, ból minął.

Niechaj cię Pan błogosławi z Syjonu,
Ten, który uczynił niebo i ziemię!
(Ps 134,3)

wtorek, 17 listopada 2015

Dawaj


Do Gaby, asystentki o. Manjackala, podszedł pewien człowiek, prosząc o modlitwę. Ciągle doświadczał problemów finansowych i nie mógł sobie z tym poradzić. Gaby słuchała, słuchała, aż nagle przyszła jej do głowy wariacka myśl: "Daje pan dziesięcinę?" - a widząc przerażone oczy rozmówcy, dodała: "No, jałmużnę? Dawajcie, a będzie wam dane..."

Kolega dzisiaj opowiedział, jak to siedzieli z rodziną na mszy i właśnie miała być zbierana ofiara, kiedy zorientował się, że banknot, który ma w portfelu, ma dość duży nominał... a obiecał sobie, że nie będzie dawał na tackę miedziaków. Wrzucać? Hm... trzecie dziecko w drodze, różne potrzeby w domu... Ale ofiara podczas mszy była zbierana na Światowe Dni Młodzieży. Spojrzeli po sobie z żoną... wrzucił. Wieczorem ni z tego, ni z owego zadzwonił teść: "Synek, tak tu uradziliśmy, że kupimy wam tę lodówkę. Nie patrzcie na cenę, po prostu powiedzcie, jaka jest wam potrzebna i tyle!"...

Koleżanka wynajmowała mieszkanie razem ze swoją siostrą. Studiowały i dorabiały, ale bywało różnie. Któregoś razu zostało im 20 złotych - a była zaledwie połowa miesiąca! W dodatku - wariatki - wrzuciły właśnie te ostatnie pieniądze na ofiarę. I co teraz? Coś tam jeszcze jest w lodówce, ale raczej więcej światła niż zapasów. Nagle siostra koleżanki krzyczy: "Mamy pieniądze!". Okazało się, że właśnie zapłacił jej dawny pracodawca, który tak długo zwlekał z zapłatą, że właściwie już postawiła na nim krzyżyk. Starczyło nie tylko na chleb - nawet sukienkę mogła sobie zafundować.

Dawajcie, a będzie wam dane; miarą dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie.
(Łk 6,38)

piątek, 13 listopada 2015

Zwycięzca


Siedzimy sobie przy dłuuugim stole, pijemy kawę, zajadamy pyszne ciasto i nie możemy przestać gadać - klerycy i świeccy. W naszym rogu siedzi kleryk, maturzystka i jej młodsza o rok siostra. 
- Jaka ty jesteś mądra, że masz tylko siedemnaście lat, a już wybrałaś Boga - mówi przyszły ksiądz.
- Ale ja swoje przeszłam!
- Wierzę ci... tylko że ja w twoim wieku nie byłem taki mądry. 
Płynie opowieść. Kleryk już jako nastolatek był uzależniony od narkotyków. Ale był ktoś, kto się za niego modlił i pościł - proboszcz z jego parafii. Zwykły ksiądz, nie żaden wielki charyzmatyk, o którym wszyscy gadają, że wystarczy, że popatrzy i będą się cuda działy. I... stał się cud. Któregoś razu poczuł, że musi uciekać. Odwyk, długie zdrowienie. Teraz przygotowuje się do kapłaństwa. "Kiedy się bierze narkotyki, myśli się - kim to ja nie jestem, jakie ja mam doznania... Ale dopiero teraz, z Bogiem, mam doznania. Dopiero teraz żyję!".
Kleryk ma na imię Wiktor.

Ale we wszystkim tym odnosimy pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. (Rz 8,37)

środa, 11 listopada 2015

Najbardziej uśmiechnięta

Kilka dziewczyn z naszej wspólnoty wybrało drogę zakonną. Jedna z nich jest od lat u sióstr kalkutek. Niełatwe powołanie, a jednak... kiedy jej brat pokazywał jej zdjęcia, skwitował: "Łatwo rozpoznać, która to siostra, nie? Ta najbardziej uśmiechnięta".
Wiemy, że Matka Teresa przez wiele lat przeżywała ciemności wiary, ogrom wątpliwości, poczucie bycia odrzuconą przez Boga. Dominikanin, o. Paul Murray, zadaje pytanie - czy w takim razie oszukiwała ludzi, uśmiechając się, zapewniając, że cieszy się z ich radości, mówiąc im o dobroci i wierności Boga? Odpowiedź jest przecząca. Na podstawie słów św. Jana od Krzyża (wieloletniego spowiednika, przewodnika i znawcy dusz) autor wyjaśnia, czym jest noc ciemna (o ile - jak zauważa - może ją wyjaśnić ktoś, kto jej nie przeżył... a i św. Jan używał nie tylko języka teologicznego, ale i poezji) i jak objawiła się ona w życiu Matki Teresy. Zapewnia też, że choć osoba przechodząca ten bolesny czas próby, ma wrażenie "opuszczenia" przez Boga (za którym ogromnie tęskni) - Ten jej nigdy nie zostawia. Ciemność ta nie była doświadczeniem depresji czy rozpaczy. Był to raczej cień rzucany na jej duszę przez wszechogarniające światło Bożej obecności: Boga całkowicie obecnego, a mimo to całkowicie ukrytego. Być może dzięki temu przeżyciu opuszczenia tak dobrze rozumiała ubogich, bezdomnych, porzuconych, niepotrzebnych...
Te chmury po wielu latach się rozstąpiły, kiedy jej Ukochany chciał jej pokazać, jak bardzo cieszy Go zgromadzenie Misjonarek Miłości. A teraz - według obietnicy - Matka Teresa zajmuje się ciemnością w inny sposób: Jeśli kiedykolwiek będę świętą - na pewno będę świętą od "ciemności". Będę ciągle nieobecna w Niebie - aby zapalać światło tym, którzy są w ciemności na ziemi.

Paul Murray OP, Matka Teresa. Kochałam Jezusa w ciemnościach, W drodze, Poznań 2010.

wtorek, 10 listopada 2015

Ci, co zaufali Panu...

W jednym z komentarzy Basia Wójcik zaproponowała mi bardzo dobrą lekturę do przeczytania. Nie spodziewałam się, że wciągnie aż tak - dziękuję!
Książka to stylizowane na średniowieczną legendę opowieści o świętych - zarówno tych bardziej znanych (św. Klara, św. Mikołaj), jak i tych dalekich, z wczesnego średniowiecza, z początków państwa polskiego (choć nie tylko). Autorka pokazuje swoich z różnych perspektyw: pogańskiego władcy, dumnego kapitana, zakochanego młodzieńca, mieszczan zagrożonych powodzią... Co jest wspólnym mianownikiem tych barwnych opowieści? Pytanie o to, czy naprawdę wybrałem Chrystusa, czy mój wzrok jest utkwiony w Nim, czy też w tym, co zewnętrzne - można przecież wyglądać jak chrześcijanin, ale nie postępować jak Mistrz i Nauczyciel; można nawet wyjść na pustynię, uciekając przed światem - ale właściwie po co?; można opierać się na własnych siłach (lub własnej słabości) - by boleśnie doświadczyć tego, kim się jest tak naprawdę. A jednak ci, którzy utkwili wzrok w Chrystusie, robią rzeczy szalone...

Zofia Kossak-Szczucka, Szaleńcy Boży, Pax, Warszawa 2007.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Dlaczego Bóg nie uzdrawia swoich przyjaciół?

No właśnie - dlaczego? Pytanie zadaje niestrudzony ewangelizator, autor wielu książek, przez swoje konferencje formujący nowych apostołów - obecnie poważnie chory. Dlaczego przechodząc przez wsie Galilei, uzdrawiał wszystkich, dlaczego uzdrowił syna urzędnika królewskiego na odległość - a Łazarz, jego przyjaciel, musiał spoczywać cztery dni w grobie? Dlaczego św. Paweł zmagał się całe życie z ościeniem? Autor nie daje łatwych odpowiedzi, widząc w tym tajemnicę. Bóg jest wolny w swoim działaniu - i tę wolność daje też człowiekowi. Jose Prado przeprowadza czytelnika jakby z ukrytą kamerą, ukazując mu kilka historii osób uzdrowionych przez Jezusa. Czasem Bóg uzdrawia w cudowny sposób, nie zwracając nawet uwagi na wiarę proszącego. Czasem pyta, czy rzeczywiście chcemy być zdrowi, zaprasza do współpracy (Weź swoje łoże i idź do domu!; Wyjdź na zewnątrz!). Czasem chce, aby to wspólnota pomogła w uzdrowieniu (Rozwiążcie go i pozwólcie mu chodzić!). Czasem - a raczej zawsze - jest z nami w cierpieniu - tak jak płakał z Martą i Marią z powodu śmierci Łazarza i ich cierpienia. Autor przypomina jednak, że nie tylko płakał. Kiedy przyszedł do grobu, wzniósł oczy do góry, a potem...

Bóg nie ma jednej metody terapeutycznej. Nie poddaje się stałym schematom ani nie ustanawia recept przygotowanych z góry. Każdy przypadek jest szczególny i odmienny, dlatego nie możemy się spodziewać, że Jezus uzdrowi nas tak samo, jak uczynił to w przypadku innej osoby. Choćby chodziło o tę samą chorobę, każdy chory jest inny. Nawet nas samych Bóg nie uzdrawia zawsze w ten sam sposób. Bóg jest Bogiem, który nie ogranicza się do naszych ram.

Jose Prado Flores, Dlaczego Bóg nie uzdrawia swoich przyjaciół?, Wyd. św. Wojciech, Kraków 2015.

niedziela, 1 listopada 2015

Niepowtarzalni


Parę lat temu miałam napisać artykuł o naszych franciszkańskich męczennikach z Peru. W końcu do tego nie doszło, ale przez parę dni, kiedy o nich czytałam, chodziłam po pracy i wzdychałam mniej więcej tak: "Ci męczennicy to byli prawdziwi faceci!". W końcu moja koleżanka skwitowała: "Chyba już wiem, co czeka twojego przyszłego męża...". Cóż, męża nie mam w dalszym ciągu (za to koleżanka od tego czasu już ma, synka też). A ojcowie Michał i Zbigniew będą w tym roku beatyfikowani.

Koleżanka ze szkoły średniej miała siostrę i dużo młodszego braciszka Stasia. Kiedyś opowiedziała nam o nim trochę więcej. Kiedy jej mama zaszła w trzecią ciążę, była już osłabiona chorobą, w dodatku po czterdziestce, więc nasłuchała się od osób "życzliwych", co powinna zrobić. "Trzecie dziecko? W tym wieku? Na pewno będzie chore! Nie dasz rady!...". Była pełna lęku, ale którejś nocy przyśnił jej się św. Stanisław Męczennik. "Nie bój się, wszystko będzie dobrze." - zapewniał. - "Daj mu na imię Stanisław, ja się nim będę opiekował". No i... opiekował się.

Kocham historie o świętych. Każdy jest inny, ma inny temperament, osobowość, drogę, którą Bóg go prowadzi. I ma swój sposób dawania miłości. Kapłani, wyjeżdżający w wagonach bydlęcych za repatriantami, zsyłanymi w głąb Związku Radzieckiego... i święta Sylwia, posyłająca swojemu synowi (papieżowi Grzegorzowi I) warzywka z ogródka. Święci Zelia i Ludwik z gromadką dzieci, zamówieniami na głowie, rodziną, znajomymi... i Marta Robin, sparaliżowana, w ciemnym pokoju, jednocząca się z Chrystusem w cierpieniu w szczególny sposób. Każdy jest inny. Jeden jedyny. Jak każdy z nas w oczach Bożych.


Sześćdziesiąt jest królowych
i nałożnic osiemdziesiąt,
a dziewcząt bez liczby,
[lecz] jedyna jest moja gołąbka, moja nieskalana,
jedyna swej matki,
wybrana swej rodzicielki.

Podziwiają ją dziewczęta i zwą ją szczęśliwą,
królowe i nałożnice ją wysławiają:
"Kimże jest ta, która świeci z wysoka jak zorza,
piękna jak księżyc, jaśniejąca jak słońce,
groźna jak zbrojne zastępy?".


(Pnp 6,8-10)

piątek, 23 października 2015

Same dobre wiadomości

Niektórzy lubią artykuły Marcina Jakimowicza w "Gościu Niedzielnym", inni reagują na nie wysypką. Ale ten zbiór felietonów polecam nawet tym nielubiącym. To nie jest książka o Marcinie J. To jest książka o Bogu, który jest  żywy, któremu można zaufać (szczególnie w kryzysie), który szuka grzesznika (a w końcu lepiej być grzecznym i uradowanym czy grzesznym i uratowanym?), do którego chce się wołać. To książka o uwielbieniu mimo wszystko, "drewnianymi wargami" (i o owocach takiej przekornej modlitwy). O zawierzeniu w ciemno opowiadają m.in. członkowie wspólnot, które najpierw z zacięciem głosiły to, że Bóg uzdrawia, a potem... same zostały posłane do posługi uzdrowienia. Czekamy z pasją na to, co zechce z nami czynić, i czujemy, że będzie działał przez znaki i cuda. Mamy doświadczenie głoszenia w ciemno, bez oglądania jakichkolwiek owoców tego, że Bóg uzdrawia. (...) Stojąc w mroku, jeszcze bardziej czekamy, wołamy, tęsknimy za Bożym dotykiem. Gdy powiedzieliśmy sobie: nie rezygnujemy, przyszły "małe" uzdrowienia ludzi ze wspólnoty. Wewnętrzne i zewnętrzne. To także książka o Bogu, który sam przebacza, ale i uzdalnia do przebaczenia, kiedy człowiek nie ma na to siły (wstrząsające przykłady z Rwandy). Oraz o żywym Kościele, który mimo słabości chce głosić Tego, którego doświadczył: Czy na widok pustoszejących kościołów na Zachodzie nie nachodzi czasem księdza smutna refleksja, że przegrywamy? Że Zły jest naprawdę "Księciem tego świata" i drwi z bezbronnego Boga - pytam (...) egzorcystę ks. Leszka Misiarczyka. - Nie. Absolutnie nie mam świadomości przegranej. Skoro Bóg dopuszcza taką sytuację, to znaczy, że w konsekwencji widzi w tym jakieś dobro. Nawrócenie tych, którzy odbiją się od dna. Człowieka po egzorcyzmie naprawdę nie trzeba przekonywać, by chodził na msze. On pobiegnie na nią w podskokach! "Gdzie wzmógł się grzech" i tak dalej... To, co się dzieje dziś w Kościele, jest szansą na wielką ewangelizację. Mówię kolegom księżom: Słuchajcie, my żyjemy w epoce, o której mówił prorok Joel. W czasach wielkiego wylania Ducha! Kapłan wyciąga ręce i jak na pstryknięcie zstępuje Duch!Jedyny warunek: żeby tylko temu księdzu się chciało! Jeśli dwunastu apostołów nawróciło pełen demonów świat rzymski, to co mogą zdziałać tysiące kapłanów! Moc Jezusa zwycięży, nie mam wątpliwości. Widzę, jak przeciwnik się czołga...
To książka o tym, że jest nadzieja...

Marcin Jakimowicz, Pan Bóg? Uwielbiam! 44 dobre wiadomości, Wyd. Znak, Kraków 2015

sobota, 17 października 2015

Do boju!

Napisana ze swadą książka o tym, że na każdym z katolików spoczywa obowiązek ewangelizacji. Kolejna? Ale warto przeczytać i zastosować! I nie ma co uciekać w hasła o "świadectwie życia", musimy w końcu przemówić (nota bene autor twierdzi, że słowa przypisywane św. Franciszkowi: "Bezustannie ucz Ewangelii, w razie konieczności używaj słów" to tylko urban legend... Biedaczyna z Asyżu głosił w końcu Ewangelię bardzo wyraźnie, zarówno słowem, jak i przykładem życia). Ostatecznie Nowa Ewangelizacja musi być wezwaniem każdego mężczyzny, każdej kobiety i każdego dziecka do zakochania się w Bogu, wzrastania w tej miłości i kroczenia przez życie z Tym, który nas kocha. A ten, kto kocha, nie może nie mówić o obiekcie swojej miłości.
Hahn pokazuje problemy w podjęciu misji ewangelizacyjnej, przedstawiając je także z perspektywy historycznej (zwłaszcza na gruncie amerykańskim). Zaznacza, że czasem nie będziemy mieli gotowych, natychmiastowych odpowiedzi. Ale chodzi o to, aby mówić o tym, co najistotniejsze - o Jezusie. Jezus Chrystus nie jest tylko częścią Dobrej Nowiny - On jest Dobrą Nowiną. Podobnie relacja z Nim nie jest tylko częścią naszej katolickiej wiary; ona jest naszą katolicką wiarą. Wszystko inne związane z byciem katolikiem - sakramenty i święci, kapłani i różańce, woda święcona i nawet sama Biblia - służą do tego, aby pomagać tej relacji istnieć.
Dla miłośników historycznych smaczków - opis życia chrześcijan w starożytnym Rzymie. Czym się różnili? Między innymi stosunkiem do kobiet (szacunek, inne spojrzenie na małżeństwo), do dzieci (zero aborcji), do chorych (byli jedynymi, którzy zostawali w miastach podczas epidemii - chcieli opiekować się chorymi. I, co więcej, pośród tego umierania ich liczba wzrastała).
Dawny protestant z ogromną miłością pisze o Eucharystii, o Kościele (przedstawiając go jako rodzinę), zaznacza ważną rolę małżeństw i osób świeckich w głoszeniu Dobrej Nowiny, pisze także o roli mediów. Jest jak dobry trener, który daje narzędzia i zagrzewa do boju. W końcu ogromna jest liczba ludzi czekających jeszcze na Chrystusa: wielu ludzi o różnych kulturach, do których nie dotarło jeszcze przepowiadanie Ewangelii, i rozległe tereny, na których Kościół jest ledwie obecny (...). Winniśmy żywić w sobie apostolską troskę o przekazywanie innym światła i radości wiary i do tego ideału wychowywać cały Lud Boży (Jan Paweł II, Redemptoris missio).

Scott Hahn, Nieście i przyjmujcie Dobrą Nowinę. Wyzwania Nowej Ewangelizacji, Wyd. św. Wojciech, Poznań 2015.

czwartek, 15 października 2015

Podwójna ochrona cz. II


To jeszcze jedna z historii o mojej babci (będzie zresztą pasować do lektury, którą muszę wkrótce opisać... a nawet dwóch... najgorsze to odkładanie :))

Babcia, która słynęła z powiedzonka o podwójnej ochronie, mieszkała w domku na wsi. Pewnego razu, gdzieś w środku tygodnia, zachciało jej się wyjść na mszę. Do kościoła miała jakieś dwa kilometry, w dodatku coś się w domu zepsuło przed wyjściem, ale machnęła już ręką i poszła, zostawiając klucze w stałym miejscu i kartkę "Poszłam na lofry". W tym czasie mój wujek postanowił do niej zajrzeć, a że były to czasy, gdy nikt nie miał komórek, a telefony stacjonarne też były rzadkością, więc nie dzwonił, czy jest, tylko po prostu przyjechał. Otworzył dom, trochę się pokręcił, naprawił, co trzeba było...  a wtedy babcia wróciła.

Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo <Boga> i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane.
Mt 6,33-34

środa, 14 października 2015

Podwójna ochrona


Jeszcze jedna historia o świętym, zwłaszcza, że wkrótce jego wspomnienie. A było to tak:
koleżanka mieszkała w ślicznym miasteczku na Pomorzu. Miała córeczkę i była wdową. Miejscowość przepiękna, ale pracy tam nie było. Co robić? Pomyślała o wyjeździe do większego miasta, wybór padł na Warszawę. Zastanawiała się, czy robi dobrze, ale z drugiej strony nie miała nic do stracenia. Opowiedziałam jej jeszcze, jak to moja babcia mawiała o sobie: "Pan Bóg chroni sierotę i wdowę, więc ja jestem chroniona podwójnie". A tu i sierota, i wdowa - jak mógłby się nie zatroszczyć?

Koleżanka modliła się więc o pracę i mieszkanie w Warszawie. Przez wstawiennictwo ks. Jerzego Popiełuszki, bo... jakoś tak. I dostała. Ona ma blisko do pracy (jak na Warszawę), córka ma blisko do szkoły, znalazły sobie jakąś wspólnotę (co wcale nie było takie oczywiste). A mieszkanie? Blisko kościoła św. Stanisława Kostki, na Żoliborzu. Skoro prosiły ks. Jerzego o opiekę, to się zatroszczył na stałe :)

Widziałam je w te wakacje i małej nie poznałam, taka uśmiechnięta, szczęśliwa...

Pan strzeże przychodniów,
chroni sierotę i wdowę,
lecz na bezdroża kieruje występnych.
(Ps 146,9)
 

niedziela, 11 października 2015

Budował


Poszłyśmy z koleżankami do kina parafialnego na "Apartament" (kocham tę modę na puszczanie filmów w parafiach, naprawdę). Kardynał Dziwisz opowiada w nim o wyprawach Jana Pawła II w góry z garstką najbliższych osób. Można obejrzeć archiwalne zdjęcia i nagrania, posłuchać wypowiedzi osób, które w tym czasie z papieżem przebywały.
Poruszyły mnie dwie rzeczy: pierwsza to jego wpatrzenie w niebo, zanurzenie w Bogu. To widać. Chociaż jest między ludźmi, śmieje się, żartuje, wybija rytm piosenki na filiżance - ma się wrażenie, że ogląda już inną rzeczywistość.
I druga - zdanie "Budował rodzinę". Mój kolega w pracy często przywołuje przykład Jana Pawła II jako człowieka, który w młodości doświadczył strasznej traumy, a jednak nie przeszkodziło mu to w zostaniu świętym. Miał zaledwie 21 lat - a nie żyli już jego rodzice, brat, siostra. Nie miał rodziny - i "budował rodzinę". Z czego budował? Z tego, co otrzymywał. Samotność z Bogiem przestaje być samotnością. Przebywając z Nim otrzymuje się tak dużo... Trzeba to oddawać, bo szkoda zmarnować :). 
Niekoniecznie umiem się tym dzielić. Ale dzisiaj widziałam kogoś, kto potrafił.

W ostatnim zaś, najbardziej uroczystym dniu święta, Jezus stojąc zawołał donośnym głosem: "Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie - niech przyjdzie do Mnie i pije! Jak rzekło Pismo: Strumienie wody żywej popłyną z jego wnętrza" (J 7,37-38).

niedziela, 4 października 2015

Na zdrowie

Msze święte z modlitwą o uzdrowienie odbywają się w łódzkim kościele oo. jezuitów od 1992 r.. Podobnie jak w innych miastach (a czasami nawet wioseczkach, np. tu), ściągają na nie tłumy. Perspektywa uzdrowienia, wolności wewnętrznej, pokoju wewnętrznego, radości...
Homilie zebrane w książce mówią o o człowieku, który nie potrafi kochać ani innych, ani - tym bardziej - siebie, trwa w lękach, paraliżu wewnętrznym. Mówią jednak także o Bogu, który wchodzi w ludzką ciemność, sytuacje beznadziejne, choroby.Który kocha bezwarunkowo i do końca. Do każdej homilii dołączona jest modlitwa i świadectwo.
"Jeśli czujemy się niezdolni, by kochać tak, jak Jezus - On chce w nas to uzdrowić i dać łaskę przebaczenia. On jest miłością, która się uniża i która nie ma końca. Co więcej, Jezus nie czeka, aż my pierwsi się uniżymy, ale to On jako pierwszy uniża się przed nami i w ten sposób pokazuje nam drogę do miłości i ocalenia".

o. Remigiusz Recław SJ, Jezus uzdrawia w Eucharystii, Wyd. Ośrodek Odnowy w Duchu Świętym, Łódź 2015.

sobota, 3 października 2015

Sieroctwu mówimy stop!

Nie lubię opisywania lektur po długim czasie od przeczytania... ale tę i tak polecam. To książka o tym, aby własną wiarę wziąć na serio. Zaczyna się od małego trzęsienia ziemi - zresztą przeczytajcie: "Coś jest nie tak z większością wierzących - działamy, żyjemy i myślimy jak sieroty! Żyjemy tak, jakby Jezus nigdy nie przyszedł, nie umarł, nie zmartwychwstał i nie dał nam ani Ducha Świętego, ani swojego królestwa. Żyjemy w stanie duchowej bierności, a tak długo, jak długo jesteśmy bierni - królestwo Boga niewiele się będzie rozszerzać na ziemi (...). Usadzeni w ławkach kościelnych jak ziemniaki na zagonie nigdy nie wejdą do tego przeznaczenia, które Bóg przygotował dla nich przed założeniem świata. A w tym samym czasie "żniwo" niszczeje bez robotników gotowych do pracy!"
O co chodzi? O odkrycie na nowo swojej tożsamości (i godności) dziecka Bożego i nauczenie się życia w zupełnie nowym stylu. A jaka jest kultura królestwa Bożego? To m.in. miłość, pokój, radość, przebaczenie, wdzięczność, zaufanie, prawda, hojność, wsłuchanie się w głos Boży, odpowiedzialność. To sposób postępowania Jezusa. Niełatwo Go naśladować... ale tylko postępując tak, jak On, można coś zmienić w otaczającym świecie. "Sam fakt, że w 2012 r. ponad połowa Amerykanów głosowała na prezydenta, którego system wartości nie zgadza się z Bożym - oznacza, że Ewangelia nie przeniknęła w nas dostatecznie głęboko. Nie oskarżajmy niewierzących za stan, w jakim znalazło się nasze państwo - oni się na tym nie znają. To do nas należy przemiana świata przez modlitwę i działanie tak, jak nas Duch poprowadzi".

Maria Vadia, Nigdy więcej sierot, Rhema, Lublin 2014.

czwartek, 1 października 2015

Ojciec i Matka


Dawno, dawno temu mój kuzyn zdawał coś zimą i po zdanym egzaminie chciał wieczorem poświętować z kolegami. Wziął samochód rodziców i pojechał do sąsiedniej wsi. Nie pił alkoholu, bo miał wracać sam i nikt by go nie zastąpił przy kierownicy. Tymczasem mojego wujka naszła chęć na odmówienie różańca. Nie mówił go na co dzień, ale tak mocno mu się chciało, że wziął różaniec, stanął w oknie i po prostu się modlił.
Za chwilę telefon: "Tato, miałem wypadek". 
Samochód wpadł w poślizg, dachował. Nadawał się tylko do kasacji. Kuzynowi nic się nie stało, ot, drobne zadraśnięcie na głowie.
"Widziałem przed sobą Matkę Bożą..."

O Pani, ufność nasza
w modlitwy Twej obronie - 
chroń nas, chroń nas, 
Królowo Pokoju!

niedziela, 27 września 2015

Ale jest...


(źródło zdjęcia: wiki)

Zawsze, ilekroć jestem w Warszawie, porusza mnie jej historia. Tak, wiem, wiele innych miast też było zniszczonych. Ale ona miała zniknąć z powierzchni ziemi. Idę sobie między katedrą a szpitalem i powstrzymuję się, żeby nie nazbierać kasztanów (przedszkolanka z naszej wspólnoty nie wiedzieć, czemu nie chce kasztanów ze stolicy :)). Mijam tramwajem toporne bloki z czasów komuny i domyślam się, że zastąpiły jakieś urocze kamieniczki. Ulica Krucza, ulica Chmielna... przypomina mi się, jak to bohaterki powieści Gojawiczyńskiej wyścigały się, która dłużej przejdzie krawężnikiem. Spotykamy się ze znajomymi w Łazienkach, punkt orientacyjny - pomnik Chopina. Nie ten oryginalny, pocięty na kawałki... ale przecież jest!

Coś, czego miało nie być - jest i tętni życiem. Zło nie jest wszechmogące. I nie będzie.

Spojrzyj, wysłuchaj, Panie, mój Boże!
Oświeć moje oczy, bym nie zasnął w śmierci,
by mój wróg nie mówił: "Zwyciężyłem go",
niech się nie cieszą moi przeciwnicy, gdy się zachwieję.
Ja zaś zaufałem Twemu miłosierdziu;
niech się cieszy me serce z Twojej pomocy,
chcę śpiewać Panu, który obdarzył mnie dobrem.
(Ps 13,4-6)


piątek, 25 września 2015

Małe stopy i wielka miłość

Zaczęło się od tego, że Thais powłóczyła nóżką. Wydawało się, że to drobny defekt, który u dziecka łatwo da się poprawić ćwiczeniami. Tymczasem w dniu jej drugich urodzin okazało się, że choruje na nieuleczalną chorobę - leukodystrofię metachromatyczną. Co to oznacza? Powolne zanikanie funkcji nerwowych - motoryki, zmysłów - połączone z bólem, sztywnieniem ciała, doprowadzające do śmierci w ciągu 2-5 lat. Autorka opisuje powolne odchodzenie córeczki - to, jak powoli traci władzę w nogach, w rękach, mowę, wzrok, słuch... Dodatkowo okazuje się, że ich druga córeczka (i trzecie dziecko), o której życie toczy się walka od samych narodzin - choruje na tę samą chorobę.
A jednak to nie tylko opowieść o trudnym do zrozumienia cierpieniu czy tylko "o sile rodzicielskiej miłości". To także opowieść o miłości małżeńskiej, która przezwycięża kryzys. O miłości rodziny (dziadków, kuzynostwa). O miłości osób z zewnątrz (pielęgniarzy, wolontariuszy). O miłości między rodzeństwem. O mądrej miłości zarówno wobec chorych dzieci, jak i zdrowego dziecka.
Wreszcie - to opowieść o miłości, którą może dawać nawet ten, kto pozornie nie może nic dać.
Kiedy pada diagnoza o chorobie małej Thais, matka obiecuje jej, że te lata lata życia, które jej zostaną, będą wypełnione miłością. Ale tuż przed jej śmiercią widzi jeszcze coś:
"Tej nocy mam odwagę powiedzieć: życie Thais jest skarbem. Koncentratem miłości, którą Thais rozsiewa hojnie wokół siebie. Ileż osób, które przyszły do niej z wizytą - z solidarności, ze współczucia, z miłości; zresztą mniejsza o powód - przeżyło to bardzo głęboko, było wręcz wstrząśnięte! Nie w tym rzecz, że doznały szoku, jakby pod wpływem zbyt nagłych przeżyć. Te osoby nie były przybite, zdruzgotane. Nie. Były wstrząśnięte, bo doświadczyły czegoś zupełnie innego - czegoś, co emanowało od Thais mimo jej bólu i cierpienia. Te osoby zostały zarażone o wiele bardziej zakaźną chorobą...".
Film o historii Thais jest też dostępny tutaj.

Anne-Dauphine Julliand, Ślady małych stóp na piasku, Wyd. Św. Wojciech, Poznań 2014.

wtorek, 8 września 2015

Po królewsku


(zdj. ze strony http://miejscadolnyslask.pl/zamek-ksiaz/)

Wczoraj zaczepiła mnie na FB moja koleżanka ze szkoły średniej. Sama niewierząca (a może raczej nie posiadająca doświadczenia Boga żywego), zaczęła stawiać pytania właśnie o wiarę. Porozmawiałyśmy sobie głęboko, choć pewnie nie powiedziałam jej dokładnie tego, co byłoby jej potrzebne... niech to już Pan Jezus naprawia. 

Pomyślałam sobie, że jako wierzący nie zdajemy sobie nieraz sprawy, jak dużo mamy. Mieszkamy w królewskim pałacu, codziennie możemy biegać po królewskich ogrodach, jeść przysmaki z królewskiego stołu. Mamy wspaniałych nauczycieli (świętych). Ale najlepsze jest to, że mamy swobodny dostęp do naszego Króla - jesteśmy Jego dziećmi. Możemy z Nim rozmawiać, być blisko, przytulić się, patrzeć w Jego oczy, wypłakać się albo nacieszyć, a nawet powygłupiać, jak dzieci. A jednocześnie pod murem zamku stoi ktoś, kto jest głodny tej miłości, a nawet nie pomyśli, że dla niego też jest miejsce w tych ogrodach, w tym pałacu... w ramionach Ojca.

Chyba czas wyjść za bramy pałacu...

Posłuchaj, córko, spójrz i nakłoń ucha, zapomnij o twym narodzie, o domu twego ojca! Król pragnie twojej piękności: on jest twym panem; oddaj mu pokłon! (Ps 45, 11-12)


wtorek, 1 września 2015

Czterdzieści łokci...


Wróciwszy któregoś roku z rekolekcji z ks. Bashoborą miałam ogromną chęć przeczytania całego Pisma Świętego. Znałam wiele historii biblijnych, więc Stary Testament wcale nie wydawał mi się taki trudny... dopóki nie dotarłam do opisów świątyni jerozolimskiej. Wiecie: Potem wprowadził mnie do głównej budowli i zmierzył filary: były szerokie na sześć łokci z jednej i na sześć łokci z drugiej strony. Szerokość drzwi: dziesięć łokci, a boczne ściany drzwi miały pięć łokci z jednej i pięć łokci z drugiej strony; i zmierzył jej długość: czterdzieści łokci, oraz jej szerokość: dwadzieścia łokci... (Ez 41,1-2). I tak dalej w tym tonie. Panie, co chcesz mi powiedzieć przez te wszystkie ŁOKCIE!?

Tego dnia na spotkaniu modlitewnym naszej wspólnoty stanęłam akurat między dwoma kolegami. A ponieważ grane pieśni z początku były dość żywiołowe, a oni wyżsi ode mnie, więc od każdego z nich mogłam dostać... z łokcia! Że mnie oszczędzili to prawdziwy cud :) Ale przypominając sobie wspomniane czytanie biblijne pomyślałam, że to piękne, że w Kościele jest tyle ŁOKCI. Każdy człowiek, każda wspólnota ma swój dar, którym może służyć. Dziękowałam za to, że mogłam w nim odnaleźć swoje miejsce. 

Ta historia przypomniała mi się wczoraj, bo w salce, w której było spotkanie, było dość duszno, a ja usiadłam szczęśliwie między dwiema dziewczynami, z których jedna miała wachlarz, a druga apaszkę. Jak bardzo potrzebne są wszystkie łokcie!

Potem wstąpił do wnętrza i zmierzył filar przy wejściu: dwa łokcie, oraz szerokość wejścia: sześć łokci, i boczne ściany wejścia: siedem łokci z jednej i z drugiej strony. I zmierzył jego długość: dwadzieścia łokci, oraz szerokość: dwadzieścia łokci po przedniej stronie głównej budowli. I powiedział do mnie: "Jest to Święte Świętych" (Ez 41,3-4).

niedziela, 23 sierpnia 2015

Twoje imię


Małgosia z bloga Miasto na górze napisała właśnie o spojrzeniu i mowie Boga Ojca. Jak On mówi? Matka Teresa niemal przez całe życie trwała w ciemnościach duchowych. Ale kiedy Bóg się do niej zwracał, mówił: "Moja maleńka". Do tej, która jako mała dziewczynka straciła ojca.

Moja wspólnota organizuje rekolekcje charyzmatyczne. Kiedyś podczas modlitwy o uzdrowienie ojciec rekolekcjonista miał słowa poznania, że ktoś właśnie doświadcza szczególnej łaski. Brzmiało to mniej więcej tak: "Tomasz jest uzdrawiany... Ewa jest uzdrawiana...". Nagle jedno imię wymienił w formie rzadko spotykanej, ale pieszczotliwej. Tłumaczka myśląc, że ojciec, który nie jest Polakiem, po prostu nie umie go wymówić, przełożyła inaczej, ale rekolekcjonista zaprzeczył - ta pierwsza forma była właściwa (wiecie, coś jak "Ania, nie Andzia"). Na koniec rekolekcji świadectwo składała kobieta, która powiedziała, że te słowa były o niej. A taką pieszczotliwą formą imienia zwraca się do niej tylko mąż.

Woła on swoje owce po imieniu... (J 10,3)

czwartek, 20 sierpnia 2015

Maluchy i inni



Jako wspólnotowa ciocia co jakiś czas opiekuję się dziećmi, a że Pan Bóg wspólnocie w dzieciach pobłogosławił (dzisiaj właśnie przyjaciele podzielili się radością, że oczekują Trzeciuszka), to i jest się kim zajmować. Kiedy do nich idę, proszę Pana Jezusa, żeby sam się nimi zaopiekował. Zapraszam do tego jeszcze aniołów stróżów, a czasem świętych. Tak więc wczoraj pewien łobuziak był po prostu rozkosznie słodki (nie to, żeby nie dokazywał... ciocię aż kręgosłup bolał, ale co tam :)). A dzisiaj w drodze zaczęłam się zastanawiać, kto właściwie jest patronką dziewczynki, do której idę (bo jej braciszek ma nawet kilku patronów). Ponieważ nie byłam pewna, a imię Zelia brzmiało dość podobnie, więc poprosiłam mamę Małej Tereski o wstawiennictwo. Skoro ją, to i męża. A potem wszystkie panny Martin.
Bawimy się tedy z maluchami, nagle patrzę, a dzieci przeglądają książeczkę z wierszykami po... francusku! Gdybym w tym domu spotkała książkę po angielsku, litewsku czy ukraińsku, wcale bym się nie zdziwiła. Ale francuski? Ani chyba panny Martin chciały zapewnić, że się gorąco modlą!

Pozdrawiają was wszyscy święci! (2 Kor 13,12)

czwartek, 13 sierpnia 2015

Dotąd, nie dalej!



Znajoma opowiedziała mi dzisiaj niezwykłą historię:

Mieszkają na wsi, mają czwórkę dzieci, w tym jedno niepełnosprawne. Finansowo u nich ciężko.
Jakiś czas temu przez ich miejscowość przechodziła trąba powietrzna. Na własne oczy widzieli, jak wiatr zrywa dach u jednego sąsiada, u drugiego sąsiada... Trąba była jakieś 400 metrów od ich domu, ale choć we wsi były straszne szkody, u nich nic się nie stało. Mąż miał problemy z zamknięciem okna i to wszystko.
Troska Boga Ojca - bo gdyby coś się u nich zniszczyło, byłoby to dla nich zbyt dużym obciążeniem...

I rzekłem: "Aż dotąd, nie dalej!
Tu zapora dla twoich nadętych fal"
 (Hi 38,11).

niedziela, 9 sierpnia 2015

Zdrówko


Nasz kolega wrócił w tym tygodniu z pewnego kraju na Zachodzie. Kraju, w którym na pierwszy rzut oka wszystko jest idealne, zaplanowane, doskonałe. Pracownicy otrzymują godziwą zapłatę. Samochody zatrzymują się, aby przepuścić pieszych. Ale lepiej tam się nie zestarzeć ani nie chorować. Przytoczył dwie wstrząsające historie: kobiety, która po zapaści straciła mowę, więc... postanowiono ją zagłodzić. Wbrew sprzeciwom rodziny. Bo pacjent nie należy do rodziny, ale do szpitala. I historię dziecka, które urodziło się z zespołem Downa i zostało porzucone przez rodziców, aby umarło. Mieszkańcy tego kraju uważają, że tak jest dobrze. Że skracają czyjeś cierpienia. 

Rozmawialiśmy potem z innym kolegą w pracy, ilu naszych znajomych czy przyjaciół - jeśliby oceniać ich życie tylko w kategoriach zdrowia czy wyimaginowanej doskonałości - nie miałoby prawa do życia.  Nie byłoby chrzestnej ich syna. Nie byłoby pewnego wspaniałego męża i ojca trójki dzieci. Nie byłoby pewnego świetnego fotografika. Nie byłoby dziewczyny na wózku, którą Pan wiele lat temu się posłużył ku mojemu nawróceniu. Nie byłoby pewnej fantastycznej dziewczynki spod Warszawy, która kilka lat temu po wypadku zapadła w śpiączkę... ale wielu się za nią modliło i dziś, choć mowa i chodzenie przychodzi jej jeszcze z trudem, wciąż powtarza, że jest uzdrowiona i jeszcze będzie chodzić na szpilkach. 

Dzisiaj z przyjaciółmi i ich córeczką byliśmy w miasteczku oddalonym od nas o jakieś 40 km. W pewnym momencie zagadała do nas jakaś pani z dziewczynką na wózku - śliczną pieguską z dwoma grubymi, ciemnymi warkoczami. Jej też by mogło nie być...

Podczas ewangelizacji nadmorskiej szliśmy z plaży przez las. Przy rozwidleniu drogi stał dom, przed nim płot i wielka brama. Jedna z dziewczyn podeszła i zagadała do człowieka, który przed nią siedział. Nie odpowiadał. Zorientowała się, że nie może mówić. Kucnęła więc i po prostu trzymała go za rękę. Siedzieli razem, nic nie mówiąc. Tak po prostu. 
Jego też by mogło nie być...

sobota, 1 sierpnia 2015

Ćśśś... tajemnica!


Słucham sobie konferencji bpa Rysia z tegorocznego Przystanku Jezus (stali czytelnicy bloga, wiedzą, że mogłabym go słuchać/czytać w nieskończoność). W jednej z nich biskup mówi o szalonej miłości św. Pawła, o tym, jak bardzo czuł się porwany przez miłość Chrystusa. Biskup zaznacza, że każdy z nas jest kochany przez Jezusa miłością oblubieńczą. 

Idę sobie dzisiaj ze sklepu i próbuję mówić różaniec. I aż się roześmiałam, bo poruszyło mnie słowo "tajemnica". Bóg ma dla nas tajemnicę, sekret, chce się nam zwierzyć, jak najlepszemu przyjacielowi, jak osobie ukochanej! Różnie to bywa z naszej strony, bywamy kiepskimi powiernikami... ale On się nie zraża:

Gołąbko ma, [ukryta] w zagłębieniach skały,
w szczelinach przepaści,
ukaż mi swą twarz,
daj mi usłyszeć swój głos!
Bo słodki jest głos twój
i twarz pełna wdzięku..
. (Pnp 2,14)

środa, 29 lipca 2015

Po coś

Czy kobieta, która nie jest żoną, matką, siostrą zakonną, dziewicą konsekrowaną - to jakieś UFO? Czy dla kobiet samotnych jest jeszcze miejsce w Kościele? Magdalena Plucner przekonuje, że tak, co więcej, jest dla nich zarezerwowane miejsce szczególne - Serce Boga. Dzieląc się świadectwem poszukiwania własnej tożsamości, autorka zaznacza, jak istotne jest odrzucenie kłamstw, które przez lata nam wmawiano i przyjęcie Bożego błogosławieństwa. Zachęca, aby przyjąć dobro, które już się wydarzyło w naszym życiu, zastanowić się, po co żyjemy, co robimy z darem czasu, talentów, przyjaciół. Wreszcie - oddać życie w ręce Boga. Nie dlatego, że ma On jakąś manię kontrolowania człowieka, tylko dlatego, że jest troskliwy.

Czasami właśnie tak postępujemy. Nie żyjemy tak, jak Bóg chce, ani jak sami chcemy, tylko tak JAK WYJDZIE. I możemy ocknąć się, mając osiemdziesiąt lat, z pytaniem: "Gdzie podziało się moje życie?". Czasami właśnie w wieku czterdziestu lat niektórym z nas wyrywa się z serca krzyk: "Przecież to nie jest moje życie, ja nie chcę tak żyć!". A kto o tym decyduje? Kto ma prawo decydować? Ja nie chcę być jak kra na wodzie, która płynie tam, gdzie woda zdecyduje. Chcę podejmować najważniejsze i najbardziej błahe decyzje mojego życia z Tym, który się na życiu zna najlepiej, bo mnie stworzył. 

Magdalena Plucner, Umiłowana, czyli kobieta z klasą, Wyd. Pomoc, Częstochowa 2015.

niedziela, 26 lipca 2015

Marzenia się spełniają


Od wielu lat marzyłam, żeby do niej dołączyć i w tym roku wreszcie się udało (jak to wygląda w praktyce: tutaj). Dzisiaj wróciłam. Było cudownie! Ile dobra się zdarzyło w ludziach - nie wiemy, ale nie mamy liczyć owoców. We mnie na pewno radość, pokój. Nie chce mi się siedzieć w necie :).

Dwa obrazki z serii "Boża Opatrzność czuwa":

1. Ostatnia noc, jakimś cudem udało się dostać nocleg, ale... śpimy w czwórkę przyczepie campingowej rozstawionej przy prowizorycznym domku - właścicielki działki (cudowne kobiety o wielkich sercach) dopiero budują dom. Myjemy nogi w misce, toaleta na zewnątrz. Tak bardzo chciałam się wykąpać, umyć włosy, ale cóż... Trudno, na nadmorskiej przyjmuje się to, co jest. Wstaję - śliczny, rześki poranek. Idę tam, gdzie ewangelizator piechotą chodzi. Dziękuję Bogu mimo wszystko, wracam, a nagle dziewczyna, która z nami nocuje mówi, że pani Beata (nasza gospodyni) powiedziała, że możemy się umyć pod prysznicami na niedalekim polu namiotowym. Lecimy! Jakby tego było mało, na śniadanie dostajemy... fasolkę szparagową. Uwielbiam fasolkę. Tej nocy śniło mi się, że miałam urodziny i Pan Bóg przygotował mi jakiś prezent - a tu rano niezłe prezenty. I tak sobie pomyślałam, że On się naprawdę zatroszczy o nasze potrzeby. Czasem wydaje się, że zwleka, że się spóźnia - ale zatroszczy się i tak.

2. I jeszcze jedna historia: zasada jest taka, że nie bierzemy żadnych pieniędzy. Ani na ewangelizację, ani na powrót. To ostatnie było dla mnie najtrudniejsze - jak to możliwe? Ale zapewniono nas, że skoro zaufaliśmy Panu, to On się zatroszczy. Tymczasem na koniec zabrakło pieniędzy, które miały być nam ofiarowane na nasze powroty (może gdybym podeszła do organizatorki wcześniej, to by były, ale z różnych przyczyn mogłam dopiero wieczorem). Padła propozycja, żebym wróciła "bla bla carem" - na taką tanią opcję kasa by się jeszcze znalazła - ale nie na autobus i taksówkę. Zdenerwowałam się, nie chciałam wracać z nie wiadomo kim. Ale miałam numer do (dość dalekich) znajomych. Może pożyczyliby na bilet? Zgodzili się, przyjechali i... nie chcieli pożyczyć. Chcieli dać. Za modlitwę, tak po prostu. Dostałam więcej, niż potrzebowałam i więcej, niż mogłabym otrzymać w tamtej chwili od organizatorów... ale na pewno akurat tyle, ile miałam otrzymać od Pana Boga. Bo On się nie troszczy na pół gwizdka. I kiedy daje, to zawsze więcej, niż się spodziewamy

piątek, 10 lipca 2015

Próba


Ludzie schronili się na przystanku przed ulewą. A lało niesamowicie. Nagle jedna z kobiet: "Wyjdzie słońce!". Inna na to: "Phi! Też wymyśliła! Przecież leje!".
Ale pomyślałam sobie, że to prawda. Deszcz nie będzie padać w nieskończoność. To, co trudne, co złe, nie będzie trwać wiecznie. Wyjdzie słońce!
"...biorę to sobie do serca, dlatego też ufam" (Lm 3,21).

***

Myślę nad zmianą formuły bloga, coby się tu pojawiać częściej. Na razie taka zajawka i... znikam na dwa tygodnie. A kto może, to niech za mną westchnie. Dzięki :)

środa, 8 lipca 2015

Rekolekcje z osiołkami

Bardzo lubię ich słuchać i cieszę się, że wreszcie można poczytać. Na rekolekcjach sypią żartami jak z rękawa, śmieją się z siebie nawzajem, nazywając się osiołkami, ale przede wszystkim chcą zarazić radością spotkania z Chrystusem. Twoje słowo jest lampą to wybór homilii, które ojcowie wygłosili podczas kilkunastu lat istnienia wspólnoty Przymierze Miłosierdzia". Przekonują, że tylko Bóg może wypełnić tęsknotę ludzkiego serca. A wiedzą, o czym mówią, bo pracują z ludźmi, którzy dotkliwie odczuwają samotność, cierpienie, zło - z dziećmi ulicy, narkomanami, bezdomnymi, prostytutkami. Ta posługa nie jest łatwa, wiąże się z dobrowolnie wybranym ubóstwem i zaufaniem opatrzności Bożej (kiedyś jeden z ubogich, zaproszony przez członków wspólnoty, aby dołączył do ich posiłku, sam się zdziwił, że mają tak niewiele, a chcą się dzielić), niejednokrotnie wiąże się też z zagrożeniem życia (czego doświadczył Nivaldo, jeden z pierwszych misjonarzy w Przymierzu Miłosierdzia. Sam wyciągnięty z tarapatów, wyszedł nocą, aby odnaleźć dziecko ulicy - choć mu odradzano, ze względu na niebezpieczeństwo - i zginął w wypadku). A jednak - jak przypominają ojcowie - moc Zmartwychwstałego może rozjaśnić każdą najtrudniejszą sytuację. Ile razy biedni i porzuceni bracia mówili nam: "Myśleliśmy, że Bóg o nas zapomniał, , ale kiedy wy przyszliście, widzieliśmy i doświadczyliśmy, że Bóg nas kocha! Ta miłość nas wskrzesiła!".
Ojcowie piszą też o miłości, która we wspólnocie czy w rodzinie wcale nie należy do najłatwiejszych zadań... a jednak to ona nadaje życiu smak, nawet w małych rzeczach. W utrzymaniu jej ogromną pomocą jest codziennie czytane i rozważane Słowo Boże. Wśród wielu przykładów przytaczają też zabawną historię o dwóch złodziejach (których kiedyś wspólnota usiłowała resocjalizować, ale... uciekli), którzy przed dokonaniem kradzieży postanowili zajrzeć jeszcze do Słowa Życia. I co przeczytali? Kto dotąd kradł, niech już przestanie kraść, lecz raczej niech pracuje uczciwie własnymi rękami, by miał z czego udzielać potrzebującemu (Ef 4,28). Lepszej odpowiedzi nie mogli znaleźć! Zrezygnowali więc z rabunku i postanowili wrócić do wspólnoty.
Autorzy zwracają uwagę na powszechne powołanie do ewangelizacji. Prawdziwym skarbem nie są dobra materialne, ale służba, wydanie siebie. Przypominają za papieżem Benedyktem, że ten, kto pójdzie za Jezusem, niczego nie straci, ale otrzyma stokroć więcej.

o. Antonello Cadeddu, o. Henrique Porcu, Twoje Słowo jest lampą dla moich stóp, Esprit, Kraków 2015

wtorek, 7 lipca 2015

Najpiękniejsza z kobiet, czyli...

Duet Giga&Malwa znów przygotował coś dla dzieci - tym razem komiks. W deszczowy dzień mały Gabryś okropnie się nudzi, ale rodzice zabierają go na koncert... ewangelizacyjny (co prawda książka nie trafi tylko do rodzin zaangażowanych we wspólnotach. Ale może to i dobrze, bo przynajmniej czytelnik spyta, co to takiego, może zechce się wybrać - a wbrew pozorom takich koncertów jest coraz więcej, nawet w małych miejscowościach). Chłopca rozpiera duma, bo tata tak pięknie gra na gitarze, poza tym intryguje go piosenka, zagrana na koniec koncertu. Kim dla rodziców jest Maryja, dlaczego śpiewa się o Niej, że jest "najpiękniejszą z kobiet"? Jakby tego było mało, Gabrysiowi nocą śni się spotkanie ze Świętą Rodziną - może więc nosić małego Jezusa na rękach, poprowadzić osiołka, popatrzeć na wzajemne relacje Maryi i Józefa (widać, że autorki są stałymi bywalczyniami rekolekcji ignacjańskich) i zobaczyć, dlaczego mama i tata twierdzą, że to Oni pomagają im być lepszymi rodzicami.
Prócz komiksu jest jeszcze kolorowanka i krzyżówka (czyli książka w sam raz do zabrania, jeśli rodzina wybiera się z dzieckiem tam, gdzie maluch może się nudzić).

Inga Pozorska, Malwina Kocot (Giga&Malwa), Gabryś i najpiękniejsza z kobiet, Wyd. Ośrodek Odnowy w Duchu Świętym, Łódź 2014.

sobota, 27 czerwca 2015

Ku wolności

Krótka konferencja siostry Anny pod wspomnianym tytułem. No właśnie, dlaczego? Dlatego, że Chrystus przebaczył nam dużo więcej, niż myślimy. Co więcej, On chce, abyśmy jako chrześcijanie to robili, a nawet - mimo zranienia - byli tymi, którzy pierwsi wychodzą z pojednaniem. Nie jest to łatwe. Ale jako wyznawcy Chrystusa mamy być rozpoznawani po wzajemnej miłości. Jej elementem jest też - wbrew pozorom - cierpienie. Jezus nie powiedział: "Miłujcie tych, którzy są do was podobni" czy "Miłujcie tych, których łatwo jest kochać"! Nie powiedział tak. Powiedział: "Miłujcie się wzajemnie, tak jak Ja was umiłowałem".
Człowiek, który przebaczył, staje się wolny. Wtedy może dać się poprowadzić Bogu - aż na krańce świata...

s. Ann Shields, Dlaczego mam przebaczać?, eSPe, Kraków 2014.

wtorek, 2 czerwca 2015

Zakaz narzekania

Byłam wczoraj u koleżanki. Pijemy kawę w kuchni, a jej mały synek (niecałe półtora roku ma) siedzi w krzesełku i wcina kawałki chleba z masłem. Koleżanka: "J., dam ci truskawkę!". I w tym momencie jej synuś mało co nie wyskoczył z tego krzesełka z radości, a co się naśmiał, co napiszczał... a my stwierdziłyśmy, że właśnie nam zrobił katechezę. Jak reagujemy na Słowo Boże, na Boże obietnice? "E... może da, a może nie da... może Jego wola jest inna... w moim życiu to się w ogóle nic nie zmieni i na pewno się nie uda...". Gdyby J., słysząc o truskawkach, zaczął smęcić w ten sposób, dopiero by się kochająca mama zdziwiła!
Narzekanie, szemranie i przeciwne im wdzięczność i uwielbienie to jedne z tematów, które podejmuje w swojej książce Maria Vadia. Przypominając słowa św. Jakuba o grzechach języka (Jk 3,1-12), zwraca uwagę na to, jak i co mówimy w sytuacjach trudnych dla nas czy dla naszych bliskich. Pierwsza reakcja to narzekanie, obgadanie, krytykanctwo, złość... tylko że to niczego nie zmienia. Autorka przyznaje, że sama się na tym łapie, ale uczy się, żeby reagować odmiennie: uwielbiając i dziękując, nawet jeśli obiektywnie sytuacja jest trudna. Mocy tej postawy doświadczyła szczególnie w momencie krytycznym: kiedy jej małżeństwo się rozpadło i została samotną matką z czwórką dzieci. Wtedy zastosowałam to, czego się wcześniej nauczyłam: dziękowałam, wychwalałam i wielbiłam Boga nawet wtedy, gdy nie miałam na to sił ani ochoty. Bardzo szybko zobaczyłam owoce tego zawierzenia – podjęłam swoje powołanie prorockie, a moja rodzina jest błogosławiona i cieszy się przychylnością Pana. Narzekanie jest jedną z przyczyn niewiary w Boga, jego troskę, opiekę. Druga przyczyna, jaką wskazuje autorka, to brak sięgania po Słowo Boże (jak mówił św. Hieronim, nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa), a karmienie się... wszystkim innym. To nie znaczy, że nie mamy orientować się w tym, co się dzieje na świecie, ale co się rodzi w sercu podczas czytania czy oglądania określonych treści? Trzeba rozeznawać, wybierać i uważać na swój język!

Maria Vadia, Twój język ma moc!, Rhema, Lublin 2011.

niedziela, 10 maja 2015

Uczeń-misjonarz

Najgorzej opisywać dobrą książkę, kiedy się ją przeczytało trzy tygodnie temu. Na świeżo można by powiedzieć więcej... ale i tak bardzo polecam. To rozważania biblijne, pisane prostym językiem, pokazujące historię życia św. Piotra - tego, który będąc człowiekiem grzesznym stawał się uczniem-misjonarzem, a potem także i pasterzem owiec. To historia o powołaniu, o nieudanym nocnym połowie, o chodzeniu po wodzie (zauważyliście, że wielu mówi o tym, że Piotr zaczął tonąć, a mało kto dostrzega, jaką drogę już przeszedł? Albo to, że kiedy zaczyna tonąć, jest już blisko Jezusa - i, paradoksalnie jego wiara wtedy wzrasta: nie mówi już "Panie, jeśli to Ty jesteś..." ale "Panie, ratuj!"). Jeden z poruszających rozdziałów opisuje rozmowę Jezusa z Piotrem nad brzegiem morza. Egzegeci czasem mówią, że Piotr trzy razy wyznał miłość do Pana, aby zmazać swoje trzykrotne wyparcie. Jose Prado Flores przypomina jednak, że Bóg nie jest kimś, kto wypomina, kto z lubością wytyka komuś jego słabość. Jezus spojrzał na Piotra na dziedzińcu u Piłata i już wtedy mu przebaczył. Dlaczego więc teraz pyta o miłość? Bo chce przypomnieć, że kocha, że Jego miłość się nie kończy. Ta historia staje się dla autora książki przyczynkiem do rozważań o przebaczeniu. Przyznaje, że przebaczyć nie znaczy zapomnieć. Kiedy Jezus przychodzi do Wieczernika po Swoim zmartwychwstaniu, nie ukrywa Swoich ran. Józef Egipski podczas spotkania z braćmi mówi: "Widzicie, zamierzyliście wobec mnie zło, ale Bóg przemienił je w dobro". Przebaczyć więc - według Jose Prado - to uwierzyć, że nawet z tego, co złe, Bóg może wyprowadzić dobro, że to, co boli, może przemienić w rany chwalebne. Dlatego właśnie nie chce, abyśmy człowiek, doświadczywszy krzywdy, zatruwał sobie serce brakiem przebaczenia.
Jezus potwierdził misję Piotra, okazał mu całkowite zaufanie. W dzień Pięćdziesiątnicy podczas płomiennego kazania Księcia Apostołów - jak pamiętamy z Dziejów Apostolskich - nawróciło się około trzech tysięcy dusz...
Jak wzrastała miłość Piotra do Jezusa? Jak uczył się bycia we wspólnocie i jednocześnie bycia jej pasterzem? Jak te dary mogą rozwijać się w każdym z nas? Przeczytajcie.

Jose H. Prado Flores, Szymon Piotr. Uczeń-misjonarz, Wyd. Święty Wojciech, Poznań 2015.

środa, 22 kwietnia 2015

"Trwali oni jednomyślnie na modlitwie..."

Koleżanka ostatnio zajmowała się pewnym chłopczykiem. Szukali razem jakiejś zabawki, nie mogli jednak jej znaleźć. W końcu malec zawołał: "Ciociu, musimy się pomodlić do św. Antoniego!".
Cóż, spontaniczność i wiara w to, że Bóg może coś zmienić, jeśli się Go o to poprosi, jest charakterystyczna przede wszystkim dla dzieci. Francis Mac Nutt wspomina nawet o niektórych kościołach protestanckich, które nauczają, że Jezus uzdrawiał tylko za Swojego życia, w Galilei, dwa tysiące lat temu (z kolei inne z tych kościołów sugerują, że jeśli ktoś nie jest uzdrowiony natychmiast po modlitwie za niego, to jego wina, bo nie ma wiary... cóż, zasada dowolności interpretacji Pisma Świętego prowadzi nieraz do zaskakujących wniosków...). Ale nieraz i katolicy, przystępujący regularnie do sakramentów, mają opory przed wspólną modlitwą (szczególnie w rodzinie - choć jej wartość jest nie do przecenienia: Wspominając te nieliczne dni, kiedy wraz z moją żoną Judith nie rozpoczęliśmy dnia wspólną modlitwą, uświadamiam sobie, jak wielkie ma to znaczenie. Bez modlitwy trudniej jest przebaczyć sobie nawzajem, gdy pojawiają się kłótnie i nieporozumienia. Dzięki wspólnemu wołaniu do Boga mamy autentyczne poczucie Bożej obecności - gdzieś w głębi naprawdę się jednoczymy).
Jesteśmy nauczeni pewnej sztywności w wyrażaniu wiary, przekonani, że jest ona sprawą prywatną. Tymczasem to właśnie wobec bliskich, w rodzinie warto przełamać pierwsze lody. Wiele takich cudów mogłoby się dokonać w twojej rodzinie, gdybyście tylko zechcieli spędzać ze sobą więcej czasu na najprostszej modlitwie. Jeden z nakazów Pana dla uczniów to "uzdrawiajcie chorych". Wspólna modlitwa za siebie jednoczy, braterski dotyk, objęcie ma przypominać o obecności kogoś, kto kocha (przede wszystkim Boga, ale i rodziny, wspólnoty). A miłość uzdrawia...
Autor zwraca też uwagę, uzdrowienie nieraz dzieje się w czasie. Przypomina też o wartości przebaczenia, które, choć trudne, przynosi wolność. Jest dla mnie rzeczą niepojętą, że relacje w naszych rodzinach i wspólnotach mogą być tak bardzo poplątane i poranione. To tajemnica grzechu. Niemniej jednak dzięki modlitwie możemy przebaczać sobie nawzajem i zaczynać wciąż od nowa. Jeżeli zostałeś zraniony, módl się o moc, którą może ci dać tylko Jezus - moc przebaczenia tym, którzy cię skrzywdzili. 

Francis MacNutt, Modlitwa, która uzdrawia. Jak modlić się o uzdrowienie w rodzinie, eSPe, Kraków 2014

sobota, 11 kwietnia 2015

Gdzie jest dynamit?

Moi przyjaciele słuchali ostatnio audycji, w której wypowiadały się osoby z różnych wspólnot i byli trochę zdegustowani wypowiedzią osoby z jakiejś grupy charyzmatycznej. Z gorliwością neofity ustawiła się ona na pozycji atakującej, oświadczyła, że jej wspólnota jest uznawana za kontrowersyjną... a przecież zupełnie nie o to chodzi! I z pewnością nie o to chodziło Duchowi Świętemu, kiedy w 1967 roku na małych dniach skupienia w miejscowości Duquesne dał doświadczyć grupie studentów, że jest Bogiem żywym, że sakramenty nie są przedstawieniem teatralnym... że On sam jest jak dynamit, o który prosił jeden z uczestników rekolekcji.
Tym uczestnikiem był właśnie David Mangan, piszący swą książkę z perspektywy osoby dojrzałej, która mimo różnych trudności życiowych nie zatraciła radości pierwszego spotkania z Bogiem. Do tej relacji też zachęca. To nie charyzmaty mają być najważniejsze w Odnowie charyzmatycznej. Pamiętam, że jednym z pierwszych przypadków, kiedy na własne oczy i uszy doświadczyłem daru prorokowania, był moment, gdy Pan nas delikatnie napomniał. Podczas modlitwy ktoś wypowiedział proroctwo, składające się tylko z dwóch słów: "Chwalcie Chrystusa". Słysząc to, wszyscy zdaliśmy sobie sprawę, że obraliśmy zły cel. Musieliśmy go zmienić. Jakież to ironiczne, że Pan musiał skorzystać z duchowego daru, aby nas naprowadzić na właściwe podejście do darów duchowych. Bóg w swojej wspaniałej dobroci pokazał nam nasze błędy i pomógł nam zobaczyć, że to On jest prawdziwym skarbem. Ten, kto odnalazł ten skarb, nie może się nim nie dzielić (choć czasem nie będą to słowa, ale "tylko" drobne gesty, jak przytulenie matki, która nie była do takich zachowań przyzwyczajona). Doświadczenie Boga żyjącego nie jest zarezerwowane tylko dla wąskiej grupy "charyzmatyków" ani dla osób, sprawiających wrażenie szczególnie uduchowionych (autor w jednym z rozdziałów rozprawia się zresztą z powiedzeniem "Pan mi powiedział", wskazując, że Bóg może przemawiać do człowieka na różne sposoby i niekoniecznie będzie to głos wewnętrzny) - otwarte na miłość Bożą są szczególnie dzieci, bo niczego nie komplikują. Chrześcijaństwo - wbrew pozorom - ma być bowiem proste. A miłość, której się doświadcza, przynagla do działania. Zastanów się, co Bóg chce ci powiedzieć poprzez każdą sytuację, w której się znajdujesz. Następnie zapytaj Boga, w jaki sposób możesz z Nim skutecznie współpracować. Kiedy już będziesz to wiedzieć, działaj zgodnie z tym planem. Wtedy osiągniesz sukces według Boskich standardów. Jeśli nie jesteś w stanie zrozumieć tego, co Bóg chce ci podpowiedzieć, pamiętaj, że On darzy wszystkich nieskończoną miłością. Zapytaj Go, w jaki sposób możesz najlepiej kochać najbliższych, a potem wciel to w życie.

David Mangan, Bóg cię kocha i nic nie możesz na to poradzić, eSPe, Kraków 2013.

wtorek, 31 marca 2015

Życzenia


Szukał człek kartek, żeby złożyć życzenia Czytelnikom bloga... a w końcu własną kuzynkę zareklamuje :)

Niech to Triduum Paschalne i Święta Wielkanocne będą dla każdego z nas czasem wyjścia z grobu do nowego życia.
Niech Was Pan błogosławi i strzeże.
kawusiowa

sobota, 28 marca 2015

Módl się i pracuj

Pamiętajcie, że diabeł z lubością wykorzystuje każdą okazję, aby wam wmówić, że wasza modlitwa nie przynosi rezultatów. Szatan chce, abyście myśleli, że Bóg was nie słyszy, a wasze modlitwy trafiają w próżnię. Nie muszę chyba mówić, że to wierutne bzdury. Zachowujcie czujność i bądźcie gotowi zdemaskować wroga. Nie pozwólcie, aby odebrał wam wiarę i potężną oręż modlitwy.
Jeśli więc ktoś ma wrażenie, że choć się modli, to nic się nie zmienia (albo uważa, że Bóg wysłuchuje tylko osób "mocnych duchowo") - zachęcam do lektury. Siostra Anna nie jest zwolenniczką modnej od pewnego czasu "ewangelii sukcesu", która sprowadza się do twierdzenia, że jeśli ktoś pójdzie za Bogiem, to w jego życiu automatycznie pojawią się niezliczone błogosławieństwa, zwłaszcza materialne czy zdrowotne. W życie człowieka wpisany jest krzyż (czy zresztą nie był wpisany w życie Jezusa, Maryi i Józefa?), ale Bóg jest ojcem - lepszym niż ziemscy ojcowie - i "wie, czego nam potrzeba". Siostra podaje przykłady Bożych interwencji, kiedy On sam troszczył się o rozwiązanie tego, co wydawałoby się niemożliwe. Pytanie jednak, jak się modlimy. Święty Jakub w swoim liście zwraca uwagę, że można modlić się źle... kiedy modlitwa nie zbliża do Boga, nie buduje, ale jest tylko "zaspokojeniem własnych żądz" (por. Jk 4,3). Czy rzeczywiście wierzymy w to, że jeśli zatroszczymy się o Królestwo Boże, to wszystko inne będzie nam przydane? (por. Mt 6,33). Jednak aby zająć się sprawami Pana, trzeba najpierw nawiązać z Nim relację. A im bardziej będzie głęboka, tym łatwiej będzie nam troszczyć się o Jego pragnienia i rozumieć Jego wolę. W przepięknym obrazie nieustannie przycinanego winnego krzewu siostra Anna pokazuje, jak często przez różne sytuacje jesteśmy wzywani do nawrócenia... czyli odejścia od grzechu i pokochania Boga na nowo.
Siostra przypomina też o mocy sakramentów, wstawiennictwa świętych, a przede wszystkim poprzez świadectwa zachęca do wytrwałości i zaufania.
Jeśli z jakiejkolwiek przyczyny nie wierzycie, że macie tak kochającego Ojca, Bóg odsłoni się przed wami. Poproście Go, aby objawił wam swe oblicze, a On was wysłucha. Pan pragnie, abyście Go poznali. (...) Wszyscy możemy żyć pełnią życia, i to już od dziś. Będzie to życie oparte na relacji z naszym Ojcem, na żywej i silnej nadziei życia wiecznego. Błogosławieństwa, którymi jest ono poprzetykane - choć wspaniałe - kiedyś przeminą. Ale z Bogiem w sercu nikt nie będzie ubogi. 

s. Ann Shields, Módl się i nigdy nie upadaj na duchu. Moc modlitwy wstawienniczej, eSPe, Kraków 2013.

niedziela, 22 marca 2015

Ocalony

Świadectwo Andrzeja Sowy słyszałam parę lat temu, ale cieszę się, że pojawiło się w wersji książkowej - łatwiej wrócić. A polecam bardzo! Wciąga tak, że czyta się po nocach. Niezwykła historia ocalenia, całkowite uzdrowienie po 11 latach narkomanii, ale też głębokie, postępujące w czasie uzdrowienie wewnętrzne. Dzisiaj jej bohater to szczęśliwy mąż, troskliwy ojciec, terapeuta uzależnień (w książce podaje dobitne przykłady tego, do czego prowadzi eksperymentowanie z substancjami chemicznymi), ale także człowiek wielkiej wiary, zaangażowany w Kościele. Autor pokazuje, że dla Boga nie ma nikogo straconego, a najbliżsi mu są właśnie ci najbardziej poranieni.
Trochę poetycko mówiąc... rozradowałam się, że Bóg jest wierny Swoim obietnicom (jakie to były obietnice dla Andrzeja - przeczytajcie), ale też że Kościół ma tak wiele narzędzi, aby wyjść do człowieka zagubionego, pokazać mu Chrystusa, poprowadzić ku uzdrowieniu; aby w cierpieniu nie zatracił nadziei. Dzisiaj ze wspólnotą byliśmy w maleńkiej, wiejskiej parafii (piękny, XIII wieczny kościółek, zimny, ale przytulny, garstka parafian na mszy świętej). Dla kogo nasza posługa będzie znakiem? Komu świadectwo naszej koleżanki dodało odwagi, nadziei? Kto po latach będzie odwoływać się do tego wydarzenia? Nie wiemy tego, ale wiemy, że Bóg szuka człowieka - kimkolwiek jest, w jakiejkolwiek sytuacji się znajduje.

Andrzej Sowa, Ocalony. Ćpunk w Kościele, Znak, Kraków 2015.

sobota, 21 marca 2015

Dzięki Bogu

Znajomi kilka lat temu przeprowadzili się do Koszalina, a że byli to starzy oazowicze, więc tęskno wzdychali: "Panie, jak my sobie damy radę na tej pustyni?". Dowiedzieli się jednak, że do tegoż miasta został przeniesiony ks. Jarosiewicz i stwierdzili: "Boże, dzięki ci!". Nie wszyscy za nim przepadają, ale mnie osobiście kiedyś ujął swoją postawą. Duże rekolekcje charyzmatyczne, 2000 uczestników, organizatorzy to właśnie ks. Rafał i jego wspólnota. Ksiądz Bashobora głosi konferencję - a ks. Jarosiewicz spowiada. Koniec konferencji - wpada na scenę, daje kilka ogłoszeń - i wraca do konfesjonału. Prawie cały dzień przesiedział, spowiadając... W wywiadzie opowiada między innymi o całonocnej spowiedzi w poprawczaku, w samochodzie, o ewangelizacji w supermarketach, posłudze charyzmatami - bo też ma 1000 pomysłów na minutę. A jednocześnie to człowiek głębokiej pokory (w wywiadzie dość często powtarza słowa: "Ja się mogę mylić... ale ksiądz biskup mnie poprawi, wspólnota mnie poprawi"), uczący się rozeznawać, ufać Bogu i uwielbiać Go mimo wszystko - i bardzo szczęśliwy w swoim powołaniu.

ks. Rafał Jarosiewicz, Z góry dziękuję!, Pomoc, Częstochowa 2014

wtorek, 3 marca 2015

Temperamencik

Modliłam się już ostatnio o dobrą lekturę. Taką, która da "kopa" (a swoją drogą pamiętacie zdanie o. Szymkowiaka, że "miłość Boża daje większego kopa niż porażenie prądem"?), rozpali, pokaże nowe horyzonty. A święci mają to do siebie, że  potrafią postawić człowieka na nogi, więc bardzo się cieszę, że z pewnych powodów musiałam się z Katarzyną zaznajomić. Dostałam oczekiwanego "kopa", a w dodatku mam kolejną świętą przyjaciółkę w niebie.
Wcześniej nie trafiałam na dobre pozycje o Katarzynie i zwyczajnie się zniechęciłam. Robiono z niej trochę esesmankę, trochę dziwaczkę (te surowe posty i długie ekstazy...), osobę, której nigdy nie wiadomo, co do głowy strzeli. Tymczasem o. Rajmund znał ją osobiście, był jej przyjacielem i synem duchowym. Święta, którą kapłan ukazuje, to przede wszystkim kobieta szczęśliwa - mimo wielu cierpień i przeciwności, których doświadcza. Jest kochaną - i kocha. Bardzo wyraźnie widać było, że kiedy miała możliwość mówienia o Bogu i wyjawiania tego, co nosiła w sercu, stawała się jakby młodszą, silniejszą i radośniejszą, kiedy natomiast odmówiono jej takiej możliwości, stawała się przygnębiona i bez życia. Temperament ma iście śródziemnomorski, oczywiście - ale może właśnie to pomaga jej walczyć o dusze. Owszem, jest twarda w obliczu walki ze złym duchem - ale wobec bliźnich najczęściej ujawnia się jej wielka cierpliwość (o. Rajmund często powtarza, że nadzwyczajne dary, które otrzymywała, nie były najważniejsze - za to wielu widziało i doświadczało mocy jej modlitwy i cierpliwości). Jej życie pokazuje, że im bardziej wydamy się Bogu, tym większe cuda będzie mógł uczynić i w nas samych, i wokół nas.

Bł. Rajmund z Kapui, Żywot św. Katarzyny ze Sieny, W drodze, Poznań 2010.

czwartek, 26 lutego 2015

Odwróć oczy!

Nie przeczytałam w całości. Przejrzałam za to, i to dość dużo, będąc u koleżanki, bo miałam się zająć jej córcią, ale dziewczątko słodko zasnęło. Wiem, że nie przeczytam, bo nie trawię naiwnego stylu amerykańskich poradników... ale jeśli komuś to nie przeszkadza, to zachęcam. Dlaczego? Dlatego, że uwielbienie uwalnia serce, daje wolność wewnętrzną mimo niesprzyjających warunków, trudności, choroby. Odwraca oczy od tego, czego nam brak, ku temu, co mamy (i Temu, kogo mamy). Daje nadzieję na zmianę, bo jest Ktoś, na kim można się oprzeć. Jest orężem w walce duchowej. I nawet jeśli hasło "Bóg ma dla ciebie wspaniały plan" doprowadza nas do białej gorączki (bo co tak naprawdę to oznacza?), to pozwólmy sobie na bycie dziećmi i uwielbiajmy Go. Jeśli do tego, aby w trudnościach patrzeć na Boga, zachęcają zarówno święci katoliccy, jak i autorzy protestanccy... to przecież coś w tym musi być :)

Merlin R. Carothers, Moc uwielbienia, Pomoc, Częstochowa 2014.