piątek, 30 grudnia 2016

W środku


Trudny mam ostatnio czas. Taki, że mówię Bogu - Temu, którego miłości doświadczałam w najgorszych momentach życia, który mnie nieraz zbierał z podłogi i składał w od nowa, o którego cudach ciągle mówię - "Nie ufam Ci, jestem zła na Ciebie". Aż w końcu zaczęłam prosić, żebym nie przestała Mu ufać, żeby mnie rozpalił na nowo. A On słucha tego wszystkiego, moich smętów i marudzenia - i odpowiada.
Dzisiaj napisała do mnie coś życzliwego osoba, od której w życiu bym się tego nie spodziewała. Znamy się już kilkanaście lat, to nie w jej stylu, żeby nagle ni z tego, ni z owego pisać jakieś "dziękuję" i inne zachwyty, w dodatku do kogoś, z kim ma słaby kontakt. Dwie godziny później dowiaduję się, że koleżanka, która podchodziła do egzaminu na prawko chyba kilkanaście razy - właśnie go zdała. Dzień się jeszcze nie skończył...

Nie zaniedbuj się w modlitwie, a kiedy poczujesz trudności i oschłość, dla tego samego trwaj na niej, ponieważ Bóg niekiedy chce zobaczyć to, co jest w twej duszy, a czego się nie widzi w czasie pomyślności i słodyczy.
św. Jan od Krzyża

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Małe cuda


2017 - i setna rocznica objawień fatimskich. Jeśli był Rok Miłosierdzia, to może teraz czas na Rok Cudów? "Na koniec moje Niepokalane Serce zatriumfuje". Zwycięstwo serca, zwycięstwo miłości - silniejszej niż wszelkie zło. Chcę widzieć to zwycięstwo i Boże cuda, małe i wielkie - mimo wszystko.
Mamy teraz we wspólnocie specjalistę od cudów. Nie wiem jeszcze, czy od ich czynienia, ale na pewno od ich dostrzegania. Nowy opiekun naszej wspólnoty kocha jazdę na motorze i historię sztuki. Potrafi powiedzieć kazanie wychodząc od płomieni świec w gotyckim kościele, płachty na rusztowaniu zasłaniającym ołtarz czy pozornie bezsensownych witraży współczesnego artysty. Szczegół, na który wcześniej nie zwracało się uwagi, nagle pokazuje "kierunek - niebo".
I jeszcze jedna rzecz - oprócz kazań ks. Pawła - która pozwala mi widzieć cuda: dziękczynienie,  nawet za głupstwa. Ale czasem w takich małych rzeczach Bóg pokazuje, że słucha, że jest blisko. Sprzątamy z mamą przed świętami, gotujemy, jesteśmy już trochę zmęczone. Dla niej to dodatkowo trudny czas - niedawno minęła kolejna rocznica śmierci jej brata i bratowej. Telefon - dzwoni kuzyn, mama rozmawia, w pewnym momencie żali się, że trudne te święta i nawet śniegu nie ma. Nagle... z nieba zaczynają spadać ogromne płaty śniegu. Wirują jak szalone, za oknem robi się biało, niesamowicie pięknie. "Widzisz, mamuś, Pan Bóg cię chciał pocieszyć" - mówię. No bo jak inaczej?

Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy: "Bóg z nami" 
(Mt 1,23).

środa, 21 grudnia 2016

Życzenia


Albowiem Dziecię nam się narodziło, 
Syn został nam dany, 
na Jego barkach spoczęła władza. 
Nazwano Go imieniem: 
Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, 
Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju. (Iz 9,5)

Z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia niech Wam Pan obficie błogosławi!

środa, 7 grudnia 2016

Wody wielkie nie zdołają ugasić miłości


Pisałam kiedyś, że robię korektę tekstu kolegi o pewnym starym kościółku. Tekst napisany, broszurka wydana i cieszę się, że mam dla siebie egzemplarz, bo jest tam dużo starych zdjęć. Pan Bóg wie, co lubię - przemawia do mnie przez takie starocie.
W książce (i na wystawie związanej z kościołem) jest rycina, która przedstawia świątynię podczas powodzi u schyłku XIX w. Wszędzie woda, woda, woda... wystają jakieś kikuty drzew, a wśród nich kościół - częściowo zalany, ale stoi. Pięćdziesiąt lat temu niemal doszczętnie spłonął, ale został odbudowany. A Pan działa - przechodzę tamtędy ostatnio i słyszę w sercu to, o czym wam już kiedyś pisałam: "Piękna jesteś, przyjaciółko moja...".
W związku z tą ryciną przypomniała mi się historia, jak kilka lat temu pojechaliśmy z naszymi materiałami ewangelizacyjnymi na Czuwanie Odnowy w Duchu Świętym do Częstochowy. Mimo że był to maj, cały dzień lało. Potwornie. Zeszło tylko trochę rzeczy, książki i czasopismo suszyłam potem w biurze, namiot kolega zabrał i rozłożył do wysuszenia w ogródku u swoich teściów. Buty musiałam wywalić. Byłam wściekła, rozczarowana, nie rozumiałam, dlaczego tak się stało, a teksty kolegi, że być może byliśmy tam dla jednej osoby, wcale do mnie nie trafiały. To znaczy rozumowo wiedziałam, że on ma rację, ale w sercu czułam bunt. Następnego dnia kolega z innej wspólnoty podesłał mi nagrania z Częstochowy (deszcz tak walił w namiot, że nic nie słyszeliśmy). Zmusiłam się do odsłuchania. I nagle słyszę, jak padają tam słowa z Księgi IzajaszaGdy pójdziesz przez wody, Ja będę z tobą, i gdy przez rzeki, nie zatopią ciebie (Iz 43,2a). I wtedy wreszcie mi puściło. Nie mogłam przestać się śmiać. To tak, jakby Pan Bóg chciał powiedzieć: "No przecież się nie roztopisz. To wszystko jest w MOICH rękach". A jeśli w Jego, to czemu się frustruję?

Wody wielkie nie zdołają ugasić miłości, nie zatopią jej rzeki.
Pnp 8,7

niedziela, 13 listopada 2016

Złota godzina


Pan Bóg lubi robić niespodzianki, tylko ja mam ciągle tendencje do planowania, do kontroli... jakby to ode mnie było zależne, czy świat się nie rozsypie. Ale On nieraz zachęca, żebym sobie odpuściła, bo ma dużo ciekawsze plany.
Niedawno był w naszym mieście wieczór uwielbienia, więc założyłam, że to ja tam muszę iść i nagrywać filmiki na stronę, bo mój kolega na pewno się nie pojawi (dla tych, co nie wiedzą - niemal rok temu zostałam zaproszona do współtworzenia strony ewangelizacyjnej na FB, a że nasza adminka wyjechała, na parę miesięcy zostaliśmy z kolegą we dwójkę. I to jest niezły dowód na poczucie humoru Pana Boga, bo różnimy się od siebie diametralnie, a strona mimo to działa. "Pan ich posłał po dwóch" :) ). Ale w głębi serca czułam, że to MÓJ PLAN. Bardzo dobry, pobożny, ale mój. Pytam jeszcze kolegę w środę wieczorem, czy się tam wybiera, ale odpowiada przecząco. Tedy w czwartek przychodzę na mszę i modlę się intensywnie, żebym nagrała coś dobrego (to mnie dużo kosztuje, wolę pisać) - i znowu coś mi nie gra w tej modlitwie. Rozpoczyna się wieczór uwielbienia i... zza węgła wychyla się kolega ze sprzętem. 
I owszem, miałam być na tym wieczorze uwielbienia, ale wcale nie w roli zapracowanej Marty. Otwórz się, kobieto, na niespodzianki Pana Boga...
W tygodniu ZAPLANOWAŁAM sobie imieniny. Narobię ciastek, zwalimy się z drugą kumpelą do przyjaciółki, ich dzieci się będą bawić, a my się nagadamy. W międzyczasie druga kumpela się rozchorowała, do przyjaciół przyjechali teście. Ciastka są, sama ich jeść nie będę. Zrobiło mi się nagle dużo czasu, więc wyruszyłam na adorację i na spacer. Jak się okazało, zrobiłam chyba z sześć kilometrów. Poszłam gdzieś, gdzie nigdy nie chodziłam, popatrzyłam chociaż kątem oka na las w oddali, a wracając zahaczyłam o osiedle, którego nie lubię - takie brzydkie, postkomunistyczne blokowisko. A tam... blask zachodzącego słońca odbijał się na wieżowcach, a w oddali, nad budynkiem seminarium, powoli wschodził gigantyczny księżyc. Kompletne wariactwo. Nie cierpię jesieni i zimy, dla mnie mogłyby nie istnieć, w dodatku osiedle niezbyt piękne - a tu takie cuda. Ale czy Pan Bóg nie może mi robić niespodzianek? W najgorszym czasie i miejscu? 

Bo myśli moje nie są myślami waszymi
ani wasze drogi moimi drogami -
wyrocznia Pana.
Bo jak niebiosa górują nad ziemią,
tak drogi moje - nad waszymi drogami
i myśli moje - nad myślami waszymi.

Iz 55,8-9

piątek, 11 listopada 2016

Aniołom Bożym dał rozkaz o tobie...


Niektórych mogła zdenerwować wcześniejsza opowieść o koleżance, która zaparkowała, blokując komuś wyjazd. Podejrzewam, że szybciej wybąkałaby przepraszam i przestawiła auto, gdyby nie to, że została obrzucona takimi wyzwiskami, że sparaliżowało ją, przestała logicznie myśleć. Z drugiej strony zdarzają się takie sytuacje, gdy wydaje się nam, że tracimy czas, podczas gdy Bóg, który jest Panem czasu, musi nas zatrzymać. Czy tak było z tym człowiekiem, który musiał czekać, aż ktoś go odblokuje? Nie wiem.

Wracaliśmy kiedyś z przyjaciółmi z wyprawy na południe Polski, jechaliśmy przez Łódź. W pierwszym aucie był kierowca, który świetnie sobie radzi bez GPS-a, ma niezwykłą orientację w terenie, potrafi wyprowadzić kogoś na właściwą drogę nieraz wcale nie używając mapy. W drugim kierowcą był chłopak, który w Łodzi studiował. Mimo tego nie mogliśmy trafić na autostradę, długo kręciliśmy się - wydawałoby się, bezsensownie - po mieście. Dopiero kiedy byliśmy już kilkanaście kilometrów od naszego miasta, zrozumieliśmy, skąd to opóźnienie. W rowie leżał samochód - jakieś zwierzę wybiegło z lasu prosto pod koła. Kierowca przeżył, ale... to mogło spotkać nas. Gdybyśmy byli tam wcześniej.

Mój brat z żoną i córką nie mieszka daleko od moich rodziców, tylko 8 kilometrów. Latem to przyjemna wyprawa rowerowa - tereny prawie niezabudowane, łąki, las... cudownie :). Zimą lepiej nadrobić kilometrów, dojechać do drogi krajowej, a potem we właściwym momencie skręcić w las i zaraz dojeżdża się do wioski, w której mieszkają. Którejś zimy bratowa z bratanicą wracały od rodziców właśnie tą dłuższą trasą. Jechały powoli, bo śnieg zawiewał z pól. W pewnym momencie zaczęło wiać tak potężnie, że prawie nie mogły się poruszać. Mama określiła potem, że stanął przed nimi słup śniegu. Gdy wreszcie dojechały do krajówki, okazało się, że był tam karambol. Gdyby dojechały szybciej...

Anioł Boży, który szedł na przedzie wojsk izraelskich, zmienił miejsce i szedł na ich tyłach. Słup obłoku również przeszedł z przodu i zajął ich tyły, stając między wojskiem egipskim a wojskiem izraelskim. I tam był obłok ciemnością, tu zaś oświecał noc. I nie zbliżyli się jedni do drugich przez całą noc.
(Wj 14,19-20)

środa, 9 listopada 2016

Kochać, ale jak

Parking przed duszpasterstwem, w którym spotyka się moja wspólnota, jest często zajmowany nie tylko przez osoby, które akurat przyjechały na mszę czy na spotkanie formacyjne. Pech chciał, że kiedy koleżanka przyjechała na mszę, zastawiła samochód jakiemuś facetowi, a że musiał czekać pół godziny, aż się pojawi z powrotem, więc jego złość sięgnęła zenitu. Odsądził biedną od czci i wiary, a że od tych krzyków była jak sparaliżowana, więc kolega ze wspólnoty zabrał jej cichcem kluczyki od auta i - dalej nic nie mówiąc - po prostu je przestawił. Ponieważ problem się rozwiązał, zezłoszczony mężczyzna odjechał w siną dal, dlatego byłam zdziwiona, kiedy jakiś czas później koleżanka stwierdziła, że nikt jej w tym czasie nie pomógł. "No jak to, przecież T. przestawił ci samochód!". "Tak, ale nie powiedział temu facetowi czegoś do słuchu".
Według słynnej teorii pięciu języków miłości każdy z nas ma w sobie coś, co w szczególny sposób wypełnia jego "zbiornik miłości", co sprawia, że czuje się kochany (a temu, kto czuje się kochany, łatwiej jest obdarzać innych miłością). Z powyższego przykładu wynika, że koleżance pomagają wyrażenia afirmatywne (a krytyka ją paraliżuje), z kolei dla kolegi i dla mnie ważne są drobne przysługi. Inne języki, jakie Gary Chapman wymienia, to wspólnie spędzany czas, dotyk i podarunki. Jak zauważył, ta teoria bardzo mu pomogła w terapii małżeństw, ale nie można jej ograniczyć tylko do tej relacji. Rzeczywiście, wsłuchanie się w rzeczywiste potrzeby drugiej osoby (bez względu na to, czy mówimy o małżonku, czy o przyjaciołach) pozwala wyjść poza własny egoizm. To dobre ćwiczenie się w miłości.
Oprócz objaśnień książka zawiera historie małżeństw, którym zastosowanie właściwego języka miłości pomogło odnowić relację. Dodatkowym bonusem są testy, pomagające rozpoznać czytelnikowi, co napełnia "zbiornik miłości" bliskiej osoby (ale i jego samego) oraz konkretne zadania do wykonania. W końcu, jak pisała św. Katarzyna ze Sieny, natychmiast to najlepszy czas do czynienia dobra.

Gary Chapman, Pięć języków miłości, Esprit, Kraków 2014.

sobota, 5 listopada 2016

Kobiety z traktorów - wysiadka!


Nasza wspólnota organizowała rekolekcje, kolejne w tym roku. To dla mnie czas wzmożonej pracy przy organizacji, a potem już na miejscu. Oprócz konferencji i części warsztatowej były także wieczorne adoracje, które są zawsze wytchnieniem. Nieraz mam na nich wrażenie, że wreszcie spuszczam powietrze, wreszcie jestem sobą. Tak było i teraz - piątkowa adoracja, napięcie zeszło, zaczęłam nawet pociągać nosem i w tym momencie koleżanka ze wspólnoty, świeży narybek, kładzie mi rękę na ramieniu, jak to się zwykle robi przy modlitwie wstawienniczej. No więc ja... się usuwam. A potem klaruję jej na FB, żeby tak nie robiła, bo się rozsypię, a przecież nie mogę. Wyłączam kompa i się zastanawiam, co ja jej za głupoty piszę. Od kiedy to przed Bogiem - bo przecież mówimy o adoracji, modlitwie - muszę być silna? Wiadomo, że się nie będę rozklejać przy kolegach z pracy, nie będę zarzucać przyjaciół niekończącym się narzekaniem, sama sobie też nie będę robić krzywdy, nakręcając się na coś, co się nie zmienia. Ale przed Nim naprawdę nie muszę zakładać masek.
Tedy potem, kiedy na rekolekcjach przychodził czas na modlitwę wstawienniczą, już nie oponowałam, już mówiłam Bogu, o co się rozchodzi. I chociaż sytuacje zewnętrzne są niezmienione (ostatecznie nie minął jeszcze miesiąc), to mam pokój. Dużo większy. I przeświadczenie, że będzie dobrze, bo Bóg ogarnia. Ja nie muszę.



wtorek, 1 listopada 2016

Przyprawa

Zawsze żałuję, kiedy przeczytam dobrą książkę, a nie mam jej kiedy opisać. Ale myślę, że do tej będę wracać. Jest o niebo lepsza od słynnej "Mocy uwielbienia" (której, jak pamiętacie, nie byłam w stanie przeczytać), a przynajmniej napisana o wiele prościej. Autor nie opiera się tylko na osobistym doświadczeniu i perykopach biblijnych, ale i na doświadczeniu świętych Kościoła i Katechizmie (w końcu KKK to nie jakiś suchy zbiór zasad typu kodeks prawa czy instrukcja obsługi zmywarki). A poza tym niedługo potem, kiedy ją przeczytałam, spotkało mnie coś bardzo trudnego. Ale miałam już narzędzie i wiedziałam, co robić, żeby wyjść z tarapatów obronną ręką.
Autor od samego początku stawia pytanie, jak reagujemy na trudności. To nie znaczy, że mamy być "stale uśmiechnięci jak prosię w deszcz". To znaczy, że postawa wdzięczności (która nie dotyczy tylko Boga, ale i dostrzegania w otaczających nas ludziach tego, co dobre) i w pamięć o tym, co Pan uczynił, jest swoistym ćwiczeniem, przygotowującym na czas strapienia. Nie jest potrzebna Bogu, ale człowiekowi, nie pozwalając mu utracić nadziei w obliczu przeciwności. Tak jak powtarzali to psalmiści: jeśli Bóg działał cuda dla Izraela wychodzącego z Egiptu, może zadziałać teraz dla nich. A przekładając to na sytuację osobistą: jeśli Bóg zadziałał wtedy i wtedy w moim życiu, dlaczego miałby nie przeprowadzić mnie teraz przez to, co trudne?
Każdy z rozdziałów zawiera pytania do refleksji (także do modlitwy) - np. o to, jak radzimy sobie z trudnościami, czy jest sytuacja, która budzi w nas lęk, która wydaje się być nie do rozwiązania? Czy pamiętamy Boże interwencje w naszym życiu? Czy mamy świadomość, że wszystko, co mamy, otrzymaliśmy od Stwórcy (tu autor dotyka ignacjańskiego rachunku sumienia i zaznacza, że według św. Ignacego nie ma to być wyliczanka uchybień, ale dostrzeżenie Bożego prowadzenia!)?
Jeśli nosisz w sercu niepokój, zacznij żyć dziękczynieniem. A kiedy będziesz modlił się do Boga i prosił Go o pomoc, bez względu na to, jak bardzo byś się bał czy martwił, dopraw swoje prośby uwielbieniem i dziękczynieniem. Zobaczysz, że doświadczysz wtedy pokoju, który przekracza wszelkie ludzkie zrozumienie, dokładnie tak, jak obiecuje Biblia. 

Jeff Cavins, Uwielbienie i dziękczynienie. Biblijne klucze do radosnego życia, eSPe, Kraków 2016.

środa, 19 października 2016

Cuda-wianki 2


Jest i druga część - zajrzyjcie. O świętych znanych i mniej znanych, ale bardzo kochanych. Pan Bóg działa dla nas, a wstawienników ma całe zastępy. W bocznej nawie kościoła, w którym spotyka się moja wspólnota, jest wizerunek bł. ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego (tak, o nim też piszę w książce - o tłumaczeniu dzieciom mszy łacińskiej, wyprawach rowerowych z młodzieżą i komunikantach przesyłanych do obozu w Stutthofie w piernikach toruńskich). Od dłuższego czasu mam wrażenie, że co koło niego przejdę, to się uśmiecha porozumiewawczo. Ani chybi coś szykuje :).

czwartek, 13 października 2016

Bądź zdrów!


Okazało się, że mamy z kolegą ten sam charyzmat (jeśli oczywiście można to nazwać charyzmatem :)) - jak się przeziębimy, to od razu na dwa tygodnie. Ostatnio na trzy. Wszystko przez to, że się przefolgowało z robotą, że wzięliśmy na siebie za dużo, że nie daliśmy sobie prawa do odpoczynku. Jasne, czasem tak jest, że tych obowiązków jest dużo, ale jeśli to trwa za długo, to kończy się fatalnie. 

Dlatego gdy czasem Pan Bóg funduje mi błyskawiczne uzdrowienie, nie mogę wyjść z podziwu. Kiedyś w Triduum byłam u moich rodziców. Zwykła, wiejska parafia, mszę sprawował schorowany proboszcz (w tym roku zmarł - polecam westchnięciu ks. Kazimierza, święty kapłan). A ja akurat miałam zupełnie zapchany nos, nie mogłam oddychać. Idąc na mszę westchnęłam: "Panie Jezu, udrożnij mi nos!". I na Podniesieniu czuję, że... oddycham swobodnie. Proście, a otrzymacie.

W tym roku na nadmorskiej nieźle nas zmoczyło i wielu z nas się pochorowało. Jednego wieczoru zastanawiałyśmy się nawet z równie zasmarkaną koleżanką, czy nie powinniśmy wrócić do domu - ale bardzo tego nie chciałyśmy. Czułyśmy się całkiem nieźle na adoracjach (ba, po porannej modlitwie w ciszy chciało nam się tańczyć), ale poza tym gorączka, katar, chrypka... fatalnie. Tymczasem Pan Bóg miał swój plan. Dojeżdżamy do Darłówka, a tam w prezbiterium wielka ikona bł. Jana z Łobdowa, naszego błogosławionego. Oj, już czułam w kościach, że raczej nigdzie nie wyjadę. Do tego dojechali kolejni toruńscy klerycy, więc ekipa piernikowska liczyła już 6 osób (4 kleryków, ja, no i bł. o. Jan oczywiście). Z jednym z nich szczególnie dobrze mi się posługuje (zawsze wiedziałam, że gdybym nie była w grupie charyzmatycznej, to równie dobrze czułabym się w Szkole Nowej Ewangelizacji - to jednak pokrewne dusze). Pomyślałam sobie, że któryś z kleryków musi mieć numer do wspólnych znajomych - poprosiłabym, żeby zawiadomili naszych, coby modlili się o uzdrowienie nadmorskiej ekipy, no bo jak tu posługiwać (oczywiście, moc ofiarowanego cierpienia jest wielka, ale trzeba jeszcze mieć siły, żeby chodzić po ulicach i plażach :)). Drugiego dnia w Darłówku łapię toruńskiego kleryka - tak, ma numer, nawet do liderki naszej wspólnoty. Co prawda jego telefon ledwo zipie, ale udaje się wysłać sms z prośbą o modlitwę za nas i oczywiście o rozesłanie tej wiadomości. Ruszamy na plażę, a tu akcja - czuję, jak choróbsko ze mnie schodzi. W 15 minut. Trochę lekkiego kataru jeszcze było, ale nim po 6 dniach wróciliśmy do Koszalina, byłam całkowicie zdrowa. Bo to wcale nie musi tak być, że jak się rozchoruję, to będę wycięta z życia na dwa, trzy tygodnie. 

Módlcie się jeden za drugiego, byście odzyskali zdrowie.
(Jk 5, 16b)

sobota, 8 października 2016

Błogosławcie III


Moja kuzynka ma nastoletnią córę. Wyobraźcie sobie szczupłą, wysoką blondynkę, może nie duszę towarzystwa (pasjami lubi zakopywać się pod kocem z książką w ręku), ale jednak lubianą. Asia i jej mama nie są katoliczkami, ale to osoby wierzące, a w tej historii to akurat jest najważniejsze. Otóż, jak wiecie, na FB krążą różne łańcuszki: a to żeby przez tydzień cytować Pismo Święte i zaprosić do tego ileś osób, a to żeby przez ileś dni wymieniać przymioty Boże. Asia weszła w ten drugi i przez jakiś czas wrzucała na swoją tablicę na FB hasła typu: "Bóg jest dobry", "Bóg jest miłością", "Jezus zmartwychwstał". Przy tym ostatnim jeden z jej kolegów nie wytrzymał i zaczął się ostro wykłócać. Zastanawiałam się, czy czegoś nie napisać, wtedy jednak do akcji wkroczyła moja kuzynka. Nie polemizowała. Napisała po prostu: "Asiu, jestem z ciebie dumna, że przyznajesz się do swojej wiary i wyznawanych wartości". I... koniec hejtu.

Albowiem błogosławieństwo ojca podpiera domy dzieci,
a przekleństwo matki wywraca fundamenty.
(Syr 3,9)

Kto posłuszny jest Panu, da wytchnienie swej matce.
(Syr 3,6b)

czwartek, 6 października 2016

Biskup mówi: "Dziękuję!"

Zaczęło się od tego, że kolega, znany z pożerania książek, znowu coś wrzucił na FB. Początkowo mnie to nie ruszyło (jak i wcześniejsze informacje znajomego księdza, że w Toruniu mamy kolejnego Sługę Bożego), ale w końcu stwierdziłam, że tak nie można - trzeba poznać nowego kandydata na ołtarze. Kolega wrzucił tom II - hm, a co jest w tomie I? Poszperałam i okazało się, że to korespondencja z rodzoną siostrą Małej Tereski! Stwierdziłam, że muszę to przeczytać, a przynajmniej ten II tom, skoro ma go znajomy. A że Pan Bóg jest specjalistą od spełniania marzeń, więc wypadki potoczyły się błyskawicznie - na drugi dzień spotkaliśmy się przypadkiem nieprzypadkowym i kolega sam zaproponował, że książkę może pożyczyć. Pierwszego tomu nie miał, ale drugi też był cenną lekturą o nowym świętym (tzn. przyszłym świętym).
Biskup Adolf Piotr Szelążek posługiwał w diecezji łuckiej w latach 1926-1946. Jego listy do diecezjan pochodzą z lat 1926-1938. Co w nich szczególnie uderza? Dostrzeganie dobra. Oczywiście, autor widzi zagrożenia ze strony ideologii lewicowej i bardzo konkretnie potrafi wypunktować jej błędy, daje też  duchowe rady, w jaki sposób wierni mają się opierać wynikającym z niej pokusom. Jest zakochany w Piśmie Świętym, a modlitwa jest dlań bronią w duchowej walce, zmieniającą serca nieprzyjaciół - przede wszystkim jednak jego serce. Człowiek zjednoczony z Bogiem widzi więcej i tak właśnie jest w życiu biskupa Szelążka. Kapłani w diecezji łuckiej? Wykonują kawał dobrej roboty na ogromnym terenie w niezwykle trudnych czasach (Wołyń w przededniu wybuchu II wojny światowej) - notabene w czasach jego rządów w diecezji ilość powołań gwałtownie wzrosła. Świeccy? Oni także są bardzo potrzebni w Kościele (a rzecz się dzieje przed Soborem Watykańskim II), w końcu żyjąc w zjednoczeniu z Bogiem, czyli żyjąc życiem nadnaturalnym, dążyć trzeba do rozwoju tego życia w duszach innych ludzi. Wspólnoty, bractwa? To prawdziwy dar. Jak zaszczepić włoską Akcję Katolicką na tak odmiennym terenie? Da się. Młodzież? Nie pozwoli nic złego na nią powiedzieć, zachęcając ją jednak do kształtowania charakteru i do świętości, która jest możliwa do osiągnięcia: wszak całkiem niedawno odszedł do Pana ich rówieśnik, Pier Giorgio Frassati (dziś błogosławiony), o którym biskup opowiada ze swadą. A z jeszcze większym zacięciem opowiada o swojej ulubionej Małej Teresie.
Redaktorzy dołączają do tomu jeszcze jeden, nieopublikowany list, przygotowywany przez biskupa na przełomie lat 1938/39 z okazji zbliżającego się (co prawda w dość odległym czasie) dwudziestopięciolecia jego ingresu w diecezji i pięćdziesięciolecia kapłaństwa. Oczywiście w liście dominowało jedno słowo: "dziękuję". Tymczasem jego intensywna posługa na Kresach dobiegała końca. Mimo prześladowań, zarówno podczas okupacji radzieckiej, jak i niemieckiej pozostał on w Łucku. Kiedy pod koniec 1944 roku zaczęły się masowe deportacje Polaków z Ukrainy, on także otrzymał od władz radzieckich nakaz wyjazdu. Odmówił, twierdząc, że tylko papież może go odwołać. W konsekwencji w nocy z 3 na 4 stycznia 1945 roku został aresztowany, więziony najpierw w Łucku, potem w Kijowie i skazany na karę śmierci. Ruszyły intensywne starania o jego uwolnienie (zarówno dyplomatyczne, jak i modlitewne) i po półtora roku odniosły skutek, choć nie w pełni pozytywny: bp Szelążek został zwolniony z więzienia, ale musiał opuścić swoją diecezję. Deportowany do Polski, ostatecznie osiadł w Zamku Bierzgłowskim pod Toruniem, tam też umarł 9 lutego 1950 r., a został pochowany w prezbiterium toruńskiego kościoła p.w. św. Jakuba Apostoła.

Pan Bóg ma plany swoje - przeolbrzymie, na daleką metę zakreślone, do których nasze osoby są przewidziane dla wykonania pewnej cząsteczki. Mądrzej jest wyrzec się swych własnych planów, a szukać poznania woli Bożej.

bp Adolf Piotr Szelążek, Ukochani diecezjanie... Listy pasterskie, Pisma t. 2, Promic, Warszawa 2016.

niedziela, 2 października 2016

Chusteczka


Znacie Gerarda Majellę? To szaleniec Boży, żyjący w XVIII wieku redemptorysta, skromny, pokorny brat, obdarzony niezwykłym darem wiary. A w związku z tym także czynienia cudów. Znany jest zwłaszcza z interwencji w trakcie trudnych porodów i wymadlania dzieci. Dziś usłyszałam kolejną historię o bracie Gerardzie, wiec się dzielę - i polecam :)
Opowiadał ojciec redemptorysta: ma siostrę, Kingę, głęboko wierzącą żonę i matkę. Zanim jednak urodziła swoje pierwsze dziecko, trafiła na oddział patologii ciąży. Tam poznała kobietę, która poroniła... siedmioro dzieci. Kolejna ciąża także była zagrożona, lekarze mówili, że nie ma szans. Kinga nie zdzierżyła: poprosiła brata o chusteczkę św. Gerarda (relikwie), położyła koleżance na brzuchu i modliła się, aby urodziła zarówno to maleństwo, jak i żeby mogła mieć jeszcze więcej dzieci. I rzeczywiście, jej koleżanka urodziła zdrowe maleństwo. Oby jeszcze spełniła się druga część modlitwy!

O tego chłopca się modliłam i spełnił Pan prośbę, którą do Niego zanosiłam.
(1 Sm 1,27)

piątek, 30 września 2016

Cuda-wianki cz. 1


Dziwnie tak trochę się reklamować... ale książka jest już w księgarni eSPe, więc piszę. W drugiej części (która już wkrótce) będzie o świętych polskich. A w tej między innymi: o komiksach do św. Józefa, noclegach na nadmorskiej i pracy dzięki wstawiennictwu św. Judy Tadeusza. Zapraszam do lektury :)

PS: tytuł od redakcji, bo wszyscy wiemy, że cuda czyni Pan Bóg - a że robił to obficie w życiu świętych i za ich wstawiennictwem, to dlaczego nie miałby czynić cudów dla nas?

wtorek, 20 września 2016

Piękna jesteś...


To nie będzie o nadmorskiej :)

Robię właśnie korektę tekstu kolegi o pewnym starym kościółku na obrzeżach naszego miasta. Nigdy wcześniej tam nie byłam - to znaczy owszem, widziałyśmy go kiedyś z koleżanką na wycieczce rowerowej, ale był zamknięty. A jednak cieszę się, że mogłam go zobaczyć dopiero dziś, kiedy poznałam jego historię. Wyobraźcie sobie mały, średniowieczny kościół, ukryty wśród drzew. Wchodzicie, a tam w 90% pomalowane ściany, nowe witraże i ławki, niski sufit, spalona figura z boku prezbiterium, wystrój współczesny. Okazuje się jednak, że 50 lat temu miał miejsce pożar kościoła. Mury wytrzymały, ale piękne, zabytkowe wnętrze spłonęło doszczętnie - dlatego tak wygląda.
Kolega pisze ze swadą, a ja, poprawiając mu przecinki, także się zaraziłam. Będąc tam dzisiaj, wcale się nie dziwiłam, że można się w tym kościółku zakochać. I pomyślałam sobie, jak musi kochać nas Bóg, skoro On nie patrzy na pozory, zna naszą historię i pod - wydawałoby się, mało atrakcyjną - powierzchownością potrafi odkryć prawdziwe piękno.

O jak piękna jesteś, przyjaciółko moja,
jakże piękna!
(...)
Oczarowałaś me serce, siostro ma, oblubienico,
oczarowałaś me serce
jednym spojrzeniem twych oczu,
jednym paciorkiem twych naszyjników...
(Pnp 4,1a.9)

poniedziałek, 19 września 2016

Skrzypiąco


Nie wiem, czemu tak bardzo lubię instrumenty smyczkowe. Może dlatego, że mój dziadek grał na skrzypcach... ale nie w filharmonii, tylko nocami w stodole. A może dlatego, że kiedy jako nastolatka jeździłam na spotkania popielgrzymkowe do pobliskiego miasteczka, pewien gość w zespole wywijał na skrzypcach tak, że serce mi się wyrywało z tęsknoty za Bogiem, tak bardzo chciałam Go poznać. W każdym razie Pan Bóg wie, że to lubię i skrzętnie to wykorzystuje.
Przez cały rok od zeszłej ewangelizacji myślałam sobie: "Ale byłoby fajnie, gdyby na nadmorskiej ktoś grał na skrzypcach!". Okazało się, że mój kolega też tak myślał, ale modlił się w tej intencji bardziej konkretnie. Czemu? Bo kiedy w ciągu roku jechał na rekolekcje i myślał sobie: "Ale byłoby fajnie, gdyby był tam ktoś, kto gra na skrzypcach", to pojawiła się skrzypaczka, ale... bez skrzypiec. Tedy jadąc na nadmorską modlił się i o muzyka, i o instrument.
Tymczasem na rekolekcjach przed ewangelizacją pojawił się chłopak, który owszem, grał na skrzypcach, wiolonczeli, bębenku, a właściwie na wszystkim, co mu w ręce wpadło, ale... nie wziął ze sobą instrumentu. To się nie mogło tak skończyć! Rozpoczęliśmy ofensywę modlitewną o skrzypce i tuż przed wyjazdem znalazła się siostra, która je wypożyczyła. I tak oto podczas tej trudnej posługi mój najlepszy Ojciec pokazywał mi - przez takie głupie szczegóły - jak mocno mnie kocha. I rozpieszcza :)


piątek, 16 września 2016

Dziękuję na cenzurowanym


Dzisiaj miałam z rozmowę o wdzięczności. Ktoś zaskakiwał od rana dobrem - ale chyba za bardzo nie potrafił przyjąć mojego "dziękuję". Argumentował, że kiedy służymy Bogu, kiedy czynimy coś dobrego, powinniśmy mieć czyste intencje: robimy coś bez względu na to, czy nam podziękują, czy nas zganią. Jasne, ale... kiedy nikt nam nie dziękuje (we wspólnocie, w rodzinie), może to w końcu doprowadzić do frustracji. Odparłam, że "dziękuję" od czasu do czasu nie zaszkodzi.

A potem, w ciągu dnia pomyślałam, że Bóg nas uczy wdzięczności i że w Jego oczach jest ona czymś normalnym. Tyle psalmów dziękczynnych - jakby chciał powiedzieć: "Rozejrzyj się, dzieciaku, i uciesz się!". Na nadmorskiej mieliśmy refleksję, że im dłużej idziemy za Bogiem, tym łatwiej nam wpaść w rutynę, jakby wszystko nam się należało. Dziewczyny przypomniały wtedy postać jednego z pierwszych nadmorskich ewangelizatorów, Kamila, który dziękował za najmniejsze rzeczy, aż się trochę z niego podśmiewali: "Chciałem piasek na plaży i mam piasek na plaży! Chwała Panu!" - ale potem, im więcej cudów Bożych widzieli, sami zaczynali go naśladować. Kiedy na drogę naprawdę nie wzięło się nic i dostaje się wszystko: piżamy, szczoteczki, leki, fajne współlokatorki, słynny ser pleśniowy, skrzypce na każdej adoracji (tak! był skrzypek! ale to już temat na osobną opowieść), kiedy kubek kawy dzieli się na kilka osób, kiedy wysyła się sms do wspólnoty z komórki znajomego kleryka z prośbą o modlitwę i... następuje błyskawiczne uzdrowienie, kiedy w ołtarzu w kościele oddalonym 300 km od domu widzi się rodzimego błogosławionego... jak tu nie dziękować?

Wdzięczność poszerza serce - nawet jeśli głupio czasem przyjąć czyjeś "dzia", "dzięki", "dziękować"...





poniedziałek, 12 września 2016

Uparci


Koleżanka - nauczycielka - wyjechała ze swoją młodzieżą na spotkanie Sybiraków do Białegostoku. Przez sześć godzin jazdy siedziała obok starszej pani, która... znała osobiście księdza Władysława Bukowińskiego. Tak, tego wczoraj beatyfikowanego Bożego szaleńca. Aresztowany i uwięziony za rozdawanie chleba. Cudem przeżywa zbiorowe rozstrzelanie. Znów aresztowany, osadzony w łagrach na wiele lat. Tam... dalej służy jako kapłan, choć potajemnie. „Opatrzność Boża działa nieraz i przez ateistów, którzy zesłali mnie tam, gdzie ksiądz był potrzebny”. Zwolniony z łagru pracuje jako stróż, co znowu daje mu możliwość ukrytej posługi. W 1955 roku nie korzysta z amnestii i możliwości powrotu do kraju, chce być ze swoimi. Znów aresztowany, trafia do łagru. Jak można się domyślić, robi swoje. Po wyjściu osiada w Karagandzie i dalej posługuje, odbywając nawet podróże misyjne w głąb Rosji. "Był naszym duszpasterzem i za to obrywał" - mówi pani Ludmiła, która przyjęła sakramenty z rąk tego niezwykłego kapłana jeszcze w Karagandzie. Ona sama zresztą urodziła się w Kazachstanie. Była już trzecim pokoleniem zesłańców, wychowywana właściwie przez dziadków (ojciec został zaaresztowany i wywieziony w nieznane strony, nigdy go nie odnaleziono), którzy mimo ekstremalnych warunków zachowali wiarę i przekazali ją małej Ludce. Sama mogła zamieszkać w Polsce dopiero jako osoba w podeszłym wieku. "Modliłam się na różańcu cały czas i wiedziałam, że jak się będę modlić, to wrócę do Polski. I wróciłam".

Wielką moc posiada wytrwała modlitwa sprawiedliwego.
Jk 5,16b

piątek, 9 września 2016

Daj na zgodę!


Jedność - czy to w rodzinie, czy to we wspólnotach - jest niejednokrotnie wystawiana na próbę. Nieraz nawet ci, których się lubi, potrafią doprowadzić do szału. A komuś właśnie o to chodzi, żeby podzielić, żeby osłabić moc głoszenia Ewangelii, tego prostego "spójrzcie, jak oni się miłują".
Wolontariuszka z Domu Miłosierdzia, która jechała na nadmorską, opowiadała, że podczas rekolekcji przed ewangelizacją stoczyła ostrą walkę z myślami przeciwko przybyłym ewangelizatorom. Ciągle jej się wydawało, że robimy za dużo hałasu, a nasze śpiewy w kaplicy (które notabene brzmiały pięknie, bo było dużo osób uzdolnionych muzycznie) tylko ją drażniły. Aż w pewnym momencie zastanowiła się: "Ej, co jest?!". Rozpoznała pokusę, zaczęła działać przeciwko niej, a kiedy się tym z nami podzieliła na jednym noclegu, zupełnie jej puściło. Święty Ignacy z pewnością był z niej dumny* :).
Na ewangelizacji był też pewien siedemnastolatek, któremu jeszcze w Domu Miłosierdzia zwróciłam o coś uwagę, a on... się obraził! Dowiedziałam się potem, że to chłopak bardzo poraniony, i rzeczywiście, kiedy jednego dnia ciągnęliśmy się w ogonie za innymi, trochę o sobie opowiedział - co skończyło się z mojej strony krótką modlitwą za niego. Jakiś czas później robiliśmy w trójkę kanapki dla ewangelizatorów - ów chłopak, ja i jeszcze jedna dziewczyna. Jemy to, co nam ludzie przyniosą... a tu ktoś dał nam ser pleśniowy. Kocham ser pleśniowy, a na nadmorskiej to naprawdę rzadki widok - zwykle mamy pasztety i dżemy! Ucieszyłam się tedy, a ten siedemnastolatek - zupełnie nieproszony - zrobił kanapkę z serem pleśniowym i podsunął mi pod nos. Ciekawy sposób kończenia sporów :)


Na to zaś wszystko [przyobleczcie] miłość, która jest więzią doskonałości.
(Kol 3,14)
 

* W regułach o rozeznawaniu duchowym mówi on m.in., żeby działać przeciwko strapieniu oraz zachęca do tego, żeby wyznawać pokusy przed inną osobą duchową, ponieważ wyjawione nie mają już takiej siły rażenia.

czwartek, 8 września 2016

Nieciekawy fyrtel


Właśnie skończyłam czytać książkę - wspomnienia o życiu na moim osiedlu w latach 50. i 60. ubiegłego wieku. Arcyciekawa, choć jak dla mnie jeszcze za mało zdjęć - znam ulice, o których mowa, jestem zakochana w moim fyrtlu, ale nie każdy zna go aż tak dobrze. Co ciekawe, czasem autor wspomina o peryferiach tego osiedla, zaznaczając, że była to już niebezpieczna okolica. To prawda, tamte tereny przypominały trochę brazylijskie favele. A jednak dzisiaj na tym dawniej niebezpiecznym osiedlu  mieszkają rodziny, są sklepy, kawiarnie, piekarnie, bawialnie dla dzieci i warsztaty dla niewyżytych dekupażystek. A na górce stoi kościół, w którym w dzień powszedni są sprawowane aż cztery msze. I zawsze jest na nich dużo ludzi.

Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego.
Łk 1,37

wtorek, 6 września 2016

We właściwym czasie

Na rekolekcjach przed nadmorską nastąpiło cudowne rozmnożenie ewangelizatorów: z 32 zgłoszonych osób zrobiło się 51. Razem wyruszyło nas: jeden ksiądz, 11 kleryków, dwa małżeństwa, jedna postulantka i... gromada świeckich. Jak stwierdziła jedna z naszych najmłodszych, osiemnastoletnia Zosia: "Jestem w szoku, że tu jest tak dużo starych osób, takich po trzydziestce" (stare osoby po trzydziestce miały z tego niezłą polewkę, zwłaszcza, że po niektórych w ogóle nie było widać starczego wieku). Trzydzieści osób, które nie założyły rodziny (nie mówię tu o Zosi i jej młodszym o rok koledze) - ale w Kościele zawsze jest dla nich zadanie, zawsze jest miejsce. Zaproszeni do ewangelizacji, do służby - już teraz, bez względu na to, jaki stan obiorą w przyszłości.
Życie św. Rafała Kalinowskiego, zwanego w domu Józiakiem, było niezwykle płodne jeszcze zanim mógł spełnić swoje marzenie o byciu kapłanem - a mógł nim zostać dopiero w wieku 46 lat. Nawrócił się jako młody mężczyzna, a jego coraz większe pragnienie służby Bogu Pan wykorzystywał tam, gdzie był: podczas powstania styczniowego, na zesłaniu, jako wychowawcy. Co ciekawe, Józiak wraz z bratem Wiktorem dzieciństwo spędził w zakładzie wychowawczym, co prawda kierowanym przez rodzonego ojca, ale... Tymczasem na jego drodze są stawiani opuszczeni, zaniedbani chłopcy (albo nadmiernie zaopiekowani, jak August Czartoryski... jednak Kalinowskiemu udaje się wyprowadzić go ku dojrzałości, a właściwie ku świętości - August jest błogosławionym Kościoła katolickiego), których traktuje bardzo indywidualnie, odnajduje w nich dobro, prowadzi ku szukaniu tego, co dobre, odkrywaniu ich talentów, powołania. Czasem działa przez listy (a do licznej rodziny pisze bardzo serdeczne listy, nawet na katordze przejmując się bardziej tym, co przeżywają, niż swoją tragiczną dolą) - jak na swoją bratową, luterankę, która po latach stanie się zagorzałą katoliczką i jego pokrewną duszą. Niektórym wystarcza jego przykład (jak bardzo katorżnikom był potrzebny ten więzień słaby fizycznie, ale pełen pokoju wewnętrznego...) - ostatecznie najmłodszy brat, Juraś, rozrabiaka jakich mało, zdecyduje się zostać salezjaninem.
Jego kapłaństwo zostaje wymodlone przez karmelitanki - to nie przypadek. Pan wybrał go na odnowiciela polskiego Karmelu (jak wiemy, w czasach zaborów zakony przeżywały burzliwe dzieje). Zatopiony w Bogu, męczennik konfesjonału, pociągał do świętości nie tylko dusze zakonne, ale przede wszystkim świeckich - gdzie tylko się pojawił, rozkwitało życie sakramentalne. Urodzony ścisłowiec, w karmelu zajmował się także pracą wydawniczą - w końcu Pan Bóg nie skąpi talentów, a dary pomnażają się, gdy się nimi służy...
Jak widać, św. Rafał to nietuzinkowa postać, a jednak miałam trudność w przeczytaniu powieści o nim. Trochę ze względu na styl (pierwsze wydanie powieści miało miejsce w latach 80., być może wtedy lekko pompatyczny sposób pisania o świętych jeszcze tak nie raził), trochę ze względu na zbyt dużą liczbę nazwisk, miejscowości, faktów historycznych (autor jest karmelitą i ma ogromną wiedzę o swoim świętym współbracie, ale czytelnik zaczyna się gubić). Nawet kleryk z nadmorskiej, jak zobaczył tę książkę, złapał się za głowę :). Czekam tedy na coś o św. Rafale w pigułce, takiego, żeby wielu chciało się z nim zaprzyjaźnić - bo warto.

o. Sykstus Adamczyk OCD, Niespokojne serce, Wydawnictwo Karmelitów Bosych, Kraków 2016

czwartek, 1 września 2016

"Kocham cię, żebrak!"


Dzisiaj rozwaliły mi się sandały. Ni stąd, ni zowąd. Zdjęcie nie przedstawia do końca ich opłakanego stanu, ale ostatni odcinek przeszłam boso. Trening z plaży robi swoje :) Przypomniała mi się zresztą nasza nadmorska przyśpiewka "Kocham cię, żebrak!" i mimo wszystko wracałam w dobrym humorze. W końcu ewangelizacja nadmorska, zwana "żebrakiem", uczy dystansu, przynajmniej trochę. 
Jak było? Trudniej niż zeszłym roku. Zmoczyło nas, chorowaliśmy. Ale doświadczaliśmy też cudów Bożej opatrzności. I tego, że ludzie bardzo potrzebują Chrystusa. 
50 wariatów na plaży, bez pieniędzy, zapewnionych noclegów, w dwóch koszulkach na zmianę. Z czego oni tak się cieszą? Dwie przeziębione, rano budzą się jeszcze bardziej chore, ale... czują podskórną radość, że aż chce im się tańczyć. Niektórzy na nasz widok pukali się w głowę. Ale byli też tacy, jak dwie ewangeliczki, które koniecznie chciały przyjąć medalik Matki Bożej. Albo jak jedna pani, która po otrzymaniu medalika tak się ucieszyła, że zwołała całą wycieczkę, z którą przyjechała odpoczywać nad morzem, i zachęcała ludzi do przyjścia na mszę świętą i wieczorną modlitwę uwielbienia. Albo tak wyrozumiali, jak Pan, który przez dwa dni udostępniał nam ubikację w swoim domu. Albo tak kochani, jak dwie kobiety, które przejechały... 90 km, żeby przywieźć nam wodę, owoce i coś do zjedzenia własnej roboty (jakiś czas wcześniej kolega, stojąc na plaży, modlił się: "Panie Boże, daj nam dużo wody... ale takiej w butelkach, do picia :)" ). Nie szliśmy sami. Tak naprawdę nie szło nas 50. Może 200, może 300, może jeszcze więcej? To także każdy z was, kto westchnął w naszej intencji. Dlatego dziękuję :)




niedziela, 14 sierpnia 2016

Ewangelizacja nadmorska 2016


W Domu Miłosierdzia już na nas czekają. A ja... mam ochotę gdzieś uciec, schować się. Jasne, tak długo czekałam na ten wyjazd, a nagle jakieś dziwne pomysły. Bo tysiąc spraw do ogarnięcia (jak zwykle), bo coś miało być inaczej, a nie jest i zżymam się na ten mur nie do przebicia. Bo co ja tym ludziom - do których pójdziemy - powiem. Bo trzeba się będzie dzielić wszystkim ze wszystkimi i wytrzymać, że jeden chrapie, drugi okropnie fałszuje, trzeci ma inne poglądy - a ja się tak przyzwyczaiłam do tej mojej samotności, do mojej wspólnoty, do ciszy.
A z drugiej strony wiem, że tego potrzebuję. Zostawić te sprawy, wyjść z Ur Chaldejskiego. Zrobić to, co Pan mówi. Teraz wreszcie On. A sprawy się ułożą. 

Dlatego chcę ją przynęcić, na pustynię ją wyprowadzić i mówić jej do serca. (...) I poślubię cię sobie [znowu] na wieki, poślubię przez sprawiedliwość i prawo, przez miłość i miłosierdzie. Poślubię cię sobie przez wierność, a poznasz Pana. W owym dniu - wyrocznia Pana, odpowiem na pragnienia niebios, a one odpowiedzą na pragnienia ziemi; ziemia zaś odpowie pragnieniu zboża, wina i oliwy; a one odpowiedzą pragnieniu Jizreel. 
Oz 2, 16.21-24

PS: Kto tylko może, niech w tym czasie (14-29 sierpnia) westchnie :) Dzięki!


wtorek, 9 sierpnia 2016

W Imię Jezusa chodź!

Kolejne rozważanie biblijne znanego ewangelizatora, Jose Prado Floresa - tym razem na podstawie historii uzdrowienia chromego, żebrzącego przy Bramie Pięknej - i jednocześnie opowieść o tym, co to znaczy ewangelizować z mocą. A można bez mocy? Cóż, sami wiemy...
Autor zaznacza, że w Dniu Pięćdziesiątnicy po przemówieniu św. Piotra, namaszczonego Duchem Świętym, nawróciły się trzy tysiące dusz. Po uzdrowieniu zaś nieuleczalnie chorego - na widok ewidentnego znaku mocy Bożej - nawróciły się kolejne tysiące. Samo przekazanie informacji o Chrystusie, o doktrynie, dogmacie nigdy nie wystarczy do przemiany serc. "Słowo Boże jest aktualne. Zdanie świętego Łukasza >>Apostołowie z wielką mocą świadczyli o zmartwychwstaniu Pana Jezusa<< powinniśmy przełożyć na teraźniejszość: >>Kościół z wielką mocą świadczy o zmartwychwstaniu Pana Jezusa<<".
Pochylając się nad sceną z Dziejów Apostolskich, Jose Prado zatrzymuje się nad różnymi grupami osób, w niej występującymi; jak w przygotowaniu do medytacji ignacjańskiej stawia przy tym różne pytania. Dlaczego czasem nasza pomoc nie jest żadną pomocą? Dlaczego nieraz próbujemy dobrze wypaść przed Bogiem, zamiast przyznać się do własnej słabości i dać Mu się przemienić? Dlaczego wspólnota apostołów w obliczu pogróżek nie cofa się, ale modli się o jeszcze więcej mocy Bożej? Wreszcie: dlaczego Jezus za swojego życia nie uzdrowił chorego, przecież z pewnością spotykał go przy świątyni? Autor zaznacza, że to pozorne opóźnienie także miało swój cel...

Jose H. Prado Flores, Ewangelizować z mocą, Wyd. Święty Wojciech, Poznań 2016.

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Zakończenie


To nie jest ostatni post na blogu. Chodzi o coś zupełnie innego :)

Przebaczenie... Czasem o kimś się nawet nie myśli, są inne sprawy na głowie - ale nie chciałoby się spotykać z tą osobą. Nawet po kilkunastu latach. Jest zadra.
Czasem ona pozostaje, bo nie padło głupie "no, nie bocz się", "przepraszam" - i na czyjś widok jest uprzejmy chłód, dystans.
Czasem nie można się gniewać, bo ktoś wpada na genialny pomysł (a może po prostu pamięta o warunkach spowiedzi) - zadośćuczynienia. I nie da się gniewać na kogoś, kto - kiedy jakiś czas później będziesz przeżywać niezwykle trudne chwile - zamawia msze za ciebie, modli się i wisi na telefonie, żeby sprawdzić, czy jeszcze żyjesz. 
Czasem przebaczyć jest łatwiej - bo to przyjaciel, bo to siostra, bo w gruncie rzeczy się lubimy. I chociaż nadal mamy z tą osobą rozbieżne zdania, ale skoro już następnego dnia po burzy denerwujący osobnik potrafi pacnąć w ramię na zgodę, to weź tu człowieku się gniewaj.
Ktoś dzisiaj wyciągnął sprawę sprzed pół roku, kiedy coś tam zrobił nie tak w stosunku do mnie i jeszcze do kogoś. Ale ja już nie pamiętam, bo lubię tę osobę, bo nie chcę się na nią gniewać.

I pomyślałam sobie, jak bardzo musi nas kochać Bóg. On nie robi różnic, że tego kocha mniej, tego bardziej, ten zadośćuczynił, ten przeprosił, no to może łaskawie przebaczy. Kocha i przebacza. Koniec, kropka. 

Uleczę ich niewierność i umiłuję ich z serca, bo gniew mój odwrócił się od nich. Stanę się jakby rosą dla Izraela, tak że rozkwitnie jak lilia i jak topola rozpuści korzenie.
(Oz 14,5-6)

(...) odpuszczę im występki, a o grzechach ich nie będę już wspominał.
(Jr 31,34)

niedziela, 7 sierpnia 2016

Jak naprawić małżeństwo?

Wydawać by się mogło, że to książka przede wszystkim dla chrześcijańskich małżeństw. Chociaż... czy małżeństwa osób wierzących nie przechodzą mniejszych lub większych kryzysów? Współautorzy - dwie pary małżeńskie ze wspólnoty ks. Krzysztofa - zapewniają, że i im zdarzają się nieporozumienia. Jak zaznaczają, warto pamiętać, że w małżeństwo wchodzą dwie osoby z różnym doświadczeniem, oczekiwaniami, zranieniami, sposobami radzenia sobie w trudnych sytuacjach, mechanizmami ucieczki. Autorzy wskazują, że ratowanie małżeństwa należy zacząć od siebie, ale nie samemu - to Chrystus jest tym, który potrafi uleczyć rany, uzdolnić do przemiany, do przebaczenia, kto daje siłę do walki o małżeństwo. Zachęcają do wspólnych rozmów i modlitwy (poszczególne części książki przedzielone są modlitwami o uzdrowienie konkretnych sfer życia małżeńskiego), które są szczególnym sposobem tworzenia więzi; dzielą się świadectwem.
Lekturę można polecić nie tylko małżonkom (jak mówią autorzy, jest to wstęp do rekolekcji małżeńskich), ale i osobom przygotowującym się do tego sakramentu, a nawet... dopiero modlącym się o dobrego małżonka.
"Gotuj zupę tak, by współmałżonek doświadczył twej miłości. Naprawiaj kran tak, by twój współmałżonek doświadczył twej miłości. Zmywaj naczynia tak, by twój współmałżonek doświadczył twej miłości. Pracuj tak, by twój współmałżonek doświadczył twej miłości... (...)
By może twoje małżeństwo jest w naprawdę trudnej sytuacji. Ale nie lękaj się. W Chrystusie jest dla was nadzieja. W Nim jest uzdrowienie. W Nim jest moc. W Nim jest życie twego małżeństwa! Pod jednym warunkiem - jeżeli przyjmiecie Go do waszego życia. Jeśli przyjmiecie Jego Słowo, ale nie wybiórczo lub częściowo. Nie po swojemu, ale całkowicie. Zróbcie to i powierzcie Mu swoje małżeństwo. Uwierzcie, że On pragnie szczęścia dla was, dla waszego małżeństwa o wiele bardziej niż wy. On pragnie, by wasze małżeństwo było zbawione i uzdrowione.
Podejmijcie walkę o swoje małżeństwo! Ale nigdy sami i nigdy na własną rękę. Zróbcie to z Chrystusem. Niech On wam w tym błogosławi..."

ks. Krzysztof Kralka SAC, Urszula i Jacek Cupriakowie, Aneta i Grzegorz Gałkiewiczowie, Jezus uzdrawia małżeństwa, Esprit, Kraków 2016.

sobota, 6 sierpnia 2016

Ewangelizować, ale jak?

Ksiądz Krzysztof Kralka, pallotyn, jest związany ze Szkołą Nowej Ewangelizacji, ale jako "starej odnowowiczce" czytało mi się wywiad z nim bardzo dobrze. Może dlatego, że temat ewangelizacji jest bliski także naszej wspólnocie i właściwie według mnie to o tym była ta książka. Pewnie ze względu na bogactwo wątków trudno było nadać tytuł, z drugiej jednak strony rzeczywiście - dobrze poprowadzona ewangelizacja to szansa na przyprowadzenie z powrotem do Chrystusa (a więc na uzdrowienie serca) osób będących gdzieś na obrzeżach, przechodzących kryzysy, choć może nawet wykonujących pobożne gesty, ale nie wchodzących z Bogiem w żadną relację. Tak przecież wyglądał jego własny kryzys - ministranta, chłopaka z oazy, który w pewnym momencie stał się gorliwym antyklerykałem. Pan Bóg ma na szczęście swoje sposoby (szczegóły świadectwa w książce - dziwnie przypomina ono historię o. Honorata Koźmińskiego...).
Ksiądz Krzysztof zwraca uwagę na stałą formację we wspólnocie oraz na pewną strategię ewangelizacji. Nie kłóci się to ze słuchaniem Ducha Świętego, wręcz przeciwnie, dokładnie to zakłada. Samo przeprowadzenie akcji ewangelizacyjnej (rozdawanie ulotek, pośpiewanie na rynku itp.) to za mało - nie można pozostawić samym sobie ludzi, których serca zostały poruszone. Dokąd mają pójść? Bycie we wspólnocie według autora nie powinno być czymś ekskluzywnym, ale normalnym. Pisze też o dojrzewaniu wspólnoty i życia modlitewnego jej członków, prowadzonych zwykle od emocji ku większej ciszy i kontemplacji (ks. Krzysztof jest z Lublina, więc nie mógł wiedzieć, że sprawdziło się to nawet na wieczorach chwały, prowadzonych co miesiąc w ramach przygotowań do ŚDM-u w moim mieście na północy kraju. Pierwsze z nich łączyły w sobie modlitwę, pantomimę, koncerty, jednak im bliżej Dni Młodzieży, tym bardziej wieczory wyglądały bardzo prosto: adoracja + kontemplacja, młodzi blisko Jezusa). Autor opowiada także o wieczorach chwały prowadzonych przez jego wspólnotę, posłudze charyzmatycznej i - z wielką miłością - o wyzwaniach, które stoją przed współczesnym Kościołem.
Polecam - choć czyta się zdecydowanie zbyt szybko :)

ks. Krzysztof Kralka SAC, Uzdrawianie ludzkich serc, eSPe, Kraków 2016.

wtorek, 26 lipca 2016

Burza


Jeszcze jedna opowieść o Bożych cudach. Znajome małżeństwo z trójką dzieci jechało na wakacje na Suwalszczyznę. Przez cały dzień była piękna pogoda, gdy nagle, kiedy znaleźli się w lesie, rozpętała się burza, tak straszna, że drzewa padały na drogę. Już kiedyś to przeżyli, w bardzo podobnych okolicznościach i wtedy też doświadczyli Bożej Opatrzności. Teraz nie mogli jechać dalej, zatrzymali auto za grupą samochodów i zaczęli odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Kiedy burza wreszcie się skończyła, okazało się, że na całej szerokości drogi leży powalone drzewo. Wtedy z jednego samochodów wyszedł mężczyzna, otworzył bagażnik i wyciągnął z niego... piłę tarczową :) Z pozostałych aut zaczęli wychodzić inni panowie - jedni cięli drzewo na kawałki, inni sprzątali je z drogi. Wkrótce znajoma rodzina mogła wyruszyć dalej. 
Mieli nocować u zaprzyjaźnionego księdza, jednak okazało się, że dojazd do plebanii i kościoła był utrudniony - wokół leżało mnóstwo połamanych drzew. Co jednak dziwne, każde z nich mogło spaść na kościół, ale dziwnym trafem wszystkie przewróciły się w inną stronę, jakby je ktoś układał. Okazało się, że przez wieś przeszła trąba powietrzna. Co w czasie żywiołu robił ksiądz? Sprawował mszę świętą (intencja była akurat za tę rodzinę) i modlił się za swoją wieś. Co prawda, kiedy z witraży wyleciały szyby i zgasło światło, miał ochotę przerwać mszę i wybiec na zewnątrz, ale stwierdził, że jeśli to koniec świata, to właśnie robi to, co najlepsze.
A ta msza miałaby miejsce w zupełnie innej porze (bo czasem w wiejskich parafiach nikt nie przychodzi na mszę), gdyby nie to, że jakaś kobieta, jadąc samochodem, zobaczyła kościół. Okazało się, że miała ogromne pragnienie spowiedzi i na ten widok, niewiele myśląc, zatrzymała się i poprosiła zupełnie nieznanego księdza o spowiedź, a potem spytała jeszcze, czy będzie sprawował mszę świętą. Nie mógł przecież odmówić...

On wstał, rozkazał wichrowi i rzekł do jeziora: "Milcz, ucisz się!". Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza.
Mk 4,39

poniedziałek, 25 lipca 2016

Opatrzność na komórkę


Za trzy tygodnie nadmorska, a ja już otrzymuję buziaka od Boga Ojca. To jakie cuda Bożej Opatrzności będą się działy na miejscu?

Pamiętacie kolegę od stronki ewangelizacyjnej? Ostatnio ma urwanie głowy z powodu ŚDM-u i wrzuca na swoją stronę tysiąc informacji na minutę (no, prawie). Dzisiaj wielu młodych z diecezji i nocujących u nas pielgrzymów z zagranicy wyruszyło już do Krakowa, ale nie wszyscy. Idę sobie w stronę Starego Rynku, gdy słyszę śpiewy. Podchodzę bliżej, a to jakaś wspólnota neokatechumenalna z Danii. Chwytam komórkę, nagrywam minutowy filmik (będzie na stronę) i rozpoczynam dialożek esemesowy: "Słuchaj, ale akcja! Na rynku są neony z Danii!" "Ale są czy coś robią? :)" "Śpiewają, nagrałam. Teraz jest katecheza. Może coś jeszcze nagram, ale komórka mi pada". W międzyczasie dorywa mnie drugi kolega, zafascynowany neokatechumenatem, oczywiście tłumaczy, że to nie żadna katecheza, tylko głoszenie kerygmatu (nic nie szkodzi, mogę się nie znać, ale dla mnie wszystkie wspólnoty w Kościele są piękne), gada, gada, tamci zaczynają śpiewać, więc coś jeszcze próbuję nagrać. Następnie żegnam Maćka, idę na adorację, ale słyszę, że śpiewy się skończyły. Myślę sobie, czy jednak nie wyjść, żeby spytać tłumaczkę o więcej informacji (do zamieszczenia w necie). Wychodzę, a tam już jest z aparatem... kolega od stronki. Mieszka na peryferiach miasta, więc wychodzi na to, że albo ma bilokację, albo ma rower lepszy od ojca Mateusza. Wracam tedy na adorację i... pada mi komórka. 
Nie mielibyśmy ani filmu, ani zdjęć. Kocham te "przypadki" Pana Boga :)

Opatrzność Boża obmyśla najdrobniejsze szczegóły.
św. brat Albert

niedziela, 24 lipca 2016

Goście z kurą



Idę sobie dzisiaj główną ulicą naszego miasta, mijam tłumy ludzi i myślę sobie: "Zaraz... tydzień temu o tej porze rozdawaliśmy ulotki na ŚDM w diecezji... dwa tygodnie temu też... porozdawałoby się jeszcze trochę!".
Różne piękne rzeczy działy się w tych dniach w większych i mniejszych miejscowościach. Różnorodność Kościoła, która mnie nieustannie zachwyca, świadectwa o sytuacji Kościoła w różnych krajach, niejednokrotnie przejmujące. Ale w tym wszystkim - radość. Jakiś Australijczyk udostępnia na FB film z czuwania, prowadzonego przez naszą wspólnotę, z komentarzem: "Ej, oni śpiewają to samo, co my!" :) Cudownie roztańczeni Gabończycy; Kolumbijczycy, śpiewający basem hymn ŚDM-u po polsku, Chińczycy z Hong Kongu z nieodłącznymi aparatami fotograficznymi, Francuzi śpiewający na środku ulicy po hiszpańsku, Włosi (i to w mojej parafii!), pianiści z Angoli, robiący sobie zdjęcia z naszą wspólnotową pianistką :), Zambijczycy, niosący w darach kurę (potem między znajomymi powstała cała historia na temat tego, czy kura została zjedzona na plebanii w pobliskiej miejscowości, w której nasi goście nocowali, czy jednak udało jej się zbiec :)). I wielu, wielu innych...
Oni wszyscy jutro wyjeżdżają do Krakowa - ale to nie koniec, to dopiero początek. W naszej diecezji w ciągu roku jak grzyby po deszczu wyrosły wspólnoty młodzieżowe, w niektórych małych miasteczkach regularnie odbywają się wieczory chwały. We wrześniu ma być kolejna ewangelizacja miasta, a moi koledzy w pracy już pytają, czy się zaangażuję - pewnie jak Bóg da, to tak. 
Ale ŚDM to nie tylko dar dla naszej diecezji, ale i dla całej Polski. Ciągle nie mogę wyjść z podziwu dla pomysłów Pana Boga.
Dzisiaj jadę autobusem przez pewne miasteczko (to od kury), a nad przystankiem autobusowym napis: "Bóg jest miłością!". No, wreszcie wybrzmiało to nawet tam:)

Lecz szczęśliwe oczy wasze, że widzą, i uszy wasze, że słyszą. Bo zaprawdę, powiadam wam: Wielu proroków i sprawiedliwych pragnęło ujrzeć to, na co wy patrzycie, a nie ujrzeli; i usłyszeć to, co wy słyszycie, a nie usłyszeli.
Mt 13,16-17

piątek, 8 lipca 2016

Rowerek


Kolega wychodził ze swoimi trzema synkami na spacer, kiedy zaczepił go jeden z mieszkańców bloku: 
- Ta biegówka to już trochę mała, może chcecie większą?. 
- Nie, nie - odparł kolega - dla najstarszego myślimy już o rowerze z pedałami.
- Aaa, taki to ja też mogę dać. A nie chcecie fotelika na rower dla najmłodszego?

Od słowa do słowa jednego wieczoru otrzymali dwa całkiem dobre rowery i fotelik, zupełnie za darmo. Ten ostatni dokładnie taki, jaki chcieli kupić. Kolega mówi, że przez kilka godzin nie mógł ochłonąć.

Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie.
(Mt 6,8)
 

wtorek, 5 lipca 2016

Układanka


Koleżanka siedzi sobie na adoracji w kościele na śródmieściu, gdy ktoś podsuwa jej pod nos zapisaną kartkę. Pierwsza myśl: "O nie, znowu jakiś narkoman!". Ale patrzy, że na kartce nie ma słowa o pieniądzach, za to jest nazwa... naszej wspólnoty i kilka imion. Wychodzi z tym mężczyzną z kaplicy. Okazuje się, że jest on byłym więźniem, a my dawno temu posługiwaliśmy w zakładzie karnym, w którym przebywał. Zapamiętał nazwę wspólnoty i parę imion, jest właśnie w naszym mieście, chciałby przyjść na spotkanie modlitewne. Koleżanka jest akurat z innej, ale zna nas i wyjaśnia, gdzie się spotykamy i kiedy.
I rzeczywiście - mężczyzna przychodzi na nasze spotkanie wraz z żoną. Pośród różnych świadectw pada i jego - o tym, jak w więzieniu odkrył miłość Bożą, jak to wpłynęło na jego życie.
Na spotkanie przyszła także kobieta, której syn właśnie trafił do więzienia.

Opatrzność Boża obmyśla najdrobniejsze szczegóły.
św. brat Albert

niedziela, 26 czerwca 2016

Nie tylko '44


Zdjęcie ze strony culture.pl

W ten weekend spotkaliśmy się w Warszawie z grupą mniej i bardziej znajomych. W piątek wyskoczyliśmy na pokaz multimedialny przy fontannach nad Wisłą. I co mnie zdziwiło - tematyka pokazu lekka, ale tradycyjnie odwołanie do Powstania Warszawskiego. Może się mylę, ale mam wrażenie, że bardzo często ostatnio przy promocji stolicy mówi się tylko o jednym wydarzeniu. A przecież tak jak Toruń to nie tylko "gotyk na dotyk", tak Warszawa to nie tylko "czterdzieści i cztery". To jest coś więcej, to miasto ma znacznie bogatszą historię! 
Swoją refleksją podzieliłam się ze stojącym obok członkiem naszej grupy, nie wiedząc, że jest... przewodnikiem po Warszawie :) Uśmiechnął się tylko pod wąsem i zafundował nam nocny spacer uliczkami Starego Miasta.
Pomyślałam sobie potem, że czasem też skupiamy się w naszym życiu na jednym wydarzeniu, jednym fakcie, jednej ranie, jednej sytuacji, której nie możemy przejść. A przecież nie jesteśmy tą raną, tylko kimś więcej. Bóg chce nas prowadzić znacznie głębiej, pokazywać, jakimi pięknymi nas stworzył (jak Warszawa na obrazach Canaletta), do czego nas przeznaczył. A On ma naprawdę piękne pomysły.
Nasz przewodnik jest osobą niepełnosprawną. Jest też wolontariuszem, zapalonym turystą i fanem piłki nożnej. Grać nie może, ale kibicować potrafi. 
Kimś więcej...

I nazwą cię "Miastem Pana",
"Syjonem Świętego Izraelowego".
Za to, iż byłoś opuszczone,
znienawidzone i bez przechodniów,
uczynię cię wieczystą chlubą,
rozradowaniem wszystkich pokoleń.

(...)
Już się nie usłyszy o krzywdzie w twym kraju,
o spustoszeniu i zagładzie w twoich granicach.
Murom twoim nadasz miano "Ocalenie",
a bramom twoim "Chwała".
Już słońca mieć nie będziesz w dzień jako światła,
ani jasność księżyca nie zaświeci tobie,
lecz Pan będzie ci wieczną światłością
i Bóg twój - twoją ozdobą

(Iz 60,14c-15.18-19)

wtorek, 21 czerwca 2016

We wszystkim


Mam charyzmat nierozpoznawania ludzi na ulicy. Inaczej sklerozę do twarzy. Ludzie mnie jakoś rozpoznają - a ja nic. Czasem to już ostrzegam osoby, które przychodzą na nasze spotkania modlitewne, żeby sobie nie myślały, że ludziska z naszej wspólnoty zadzierają nosa. Chociaż pocieszam się, że nie osiągnęłam jeszcze stanu mojego kolegi, który nie rozpoznał własnej narzeczonej :).
Wczoraj odchodzę od bankomatu, gdy widzę, że ktoś się do mnie promiennie uśmiecha. No to ja też - chociaż za chiny ludowe nie mogę sobie przypomnieć, skąd znam osóbkę. Rozeszłyśmy się uśmiechnięte i po jakimś czasie zaskoczyłam: z tą dziewczyną (z innej wspólnoty) starłyśmy się przed rekolekcjami! Prawdopodobnie miała ten sam charyzmat, co ja i pewnie też się po jakimś czasie nieźle uśmiała. 
Po tej wymianie serdeczności nie będzie już można wspominać żadnego starcia. 

Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra.
Rz 8,28

sobota, 18 czerwca 2016

Znajomy


Wczoraj szłam na wieczór chwały (tak, teraz w naszym mieście jest ich pełno i oby to się nie skończyło wraz ze Światowymi Dniami Młodzieży) i modliłam się, żebym siedziała przy kimś znajomym (no bo w końcu młodzieżą nie jestem). W kościele złapałam koleżankę z innej wspólnoty, tośmy sobie przycupnęły w oddali. W drugiej nawie widziałam trzy inne znajome "niemłodzieżowe" - jest dobrze. Nagle przysiadła się do nas jakaś nieznana mi osoba i zaczęła zadawać dziwne pytania, w dodatku zupełnie nie pasujące do tego czasu. Rozbiło mnie to, nie mogłam się modlić. Wydawało mi się, że z przodu, zaraz naprzeciwko Najświętszego Sakramentu są miejsca, więc stwierdziłam, że pójdę tam, może się skupię. Poszłam, ale okazało się, że były zajęte - na szczęście wokół siedzieli znajomi i trochę się poprzesuwali. Widok na Pana Jezusa doskonały, od razu lepiej. Ale i oni w pewnym momencie rozeszli się do różnych posług. I tak oto siedziałam sam na sam z najbliższym znajomym, najlepszym Przyjacielem. Tego mi było trzeba w moim zalataniu...

W owym dniu wytryśnie źródło, dostępne dla domu Dawida i dla mieszkańców Jeruzalem, na obmycia grzechu i zmazy.
Za 13,1
 

środa, 25 maja 2016

O wszystkim pamiętam i wszystko będzie dobrze


Mój kolega przejął za mnie pewne zadania i obiecał, że zrobi. I tak oto wystawiliśmy się oboje na niezłą próbę cierpliwości - widziałam, że ich nie wykonuje, więc już mnie nosiło, w końcu zaczęłam marudzić, przypominać, a jego "Spooooko, zrobi się" albo "Jooo, o wszystkim pamiętam i wszystko będzie" wcale mnie nie uspokajało. Nagle patrzę, a dziś już pierwsza część została wykonana. Przesłałam wirtualną kawę w podziękowaniu i... zaczęłam się zastanawiać nad swoim zaufaniem Bogu. Ostatecznie kolega mógł się nie wywiązać, sam jest urobiony, to tylko człowiek - ale Bóg nie rzuca słów na wiatr. Czy wierzę Mu, chociaż nie widzę, żeby pewne rzeczy się zmieniały? Czy przyjmuję, że On o wszystkim pamięta, o wszystko się troszczy i w Jego wykonaniu na pewno wszystko będzie dobrze?



Słucham tego ostatnio i słucham...

Ze wszystkich dobrych obietnic, które Pan uczynił domowi Izraela, żadna nie zawiodła, lecz każda się spełniła.
Joz 21,45

wtorek, 24 maja 2016

Wszystko Tobie oddać pragnę...


Małgosia z Miasta na górze zainspirowała mnie do pewnej opowieści. Było to wiele, wiele lat temu. Po długim czasie bezrobocia znalazłam w końcu pracę, ale... na peryferiach miasta, na zmiany (także na nocki, a droga powrotna, jeśli autobus uciekł, była naprawdę niebezpieczna), no i dużo poniżej moich możliwości. Skończyć studia, napisać jedną z najlepszych prac na wydziale, żeby wylądować gdzieś jako portierka - super. W dodatku w naszej pracy był mobbing... a pracowałam tam półtora roku.
Któregoś dnia mój kolega przyniósł do pracy "Gościa Niedzielnego" z artykułem o znamiennym tytule: "O człowieku, któremu nic się nie udało". "O, to coś dla mnie" - pomyślałam z ironią. I wsiąknęłam. Artykuł dotyczył brata Karola de Foucauld - zbliżała się jego beatyfikacja. Zaczytywałam się potem we wszystkim, co dotyczyło brata Karola, siostry Magdaleny i Małych Sióstr. Nie, nie mam powołania zakonnego - ale ta wizja sióstr zakonnych z doktoratem, zamiatających ulice...
Brat Karol napisał piękną modlitwę o zawierzeniu Bogu Ojcu i od pewnego momentu modliłam się nią w drodze do pracy, żeby jakoś przeżyć kolejny dzień, wytrzymać mimo paraliżującego lęku. I stało się tak, że straciłam tę pracę (zresztą z kilkorgiem moich przyjaciół). Tylko że już się nie bałam bezrobocia. Miałam poczucie, że jestem w Bożych rękach, że jest nade mną Ktoś silniejszy. Pracę znalazłam po miesiącu, a potem, kiedy kończyła się jedna, znajdowałam drugą. Teraz już od wielu lat mam stałą - choć nie zarabiam wiele, ale lubię to, co robię, a Bóg się troszczy.
Ale kiedy modliłam się, powierzając się Bogu Ojcu, stało się jeszcze coś - odkryłam Jego miłość. Wiedziałam, że Bóg jest miłością. Ale tylko wiedziałam. Wtedy coś się zmieniło. Tej miłości było tak dużo, że zmieniła się także relacja z moim tatą. Byłam w stanie odnosić się do niego inaczej, bo braki jego miłości zalał Swoją miłością Bóg Ojciec... a właściwie przelał, w nadmiarze. Nie musiałam już żebrać o miłość człowieka, który sam był poraniony i mógł dać tylko to, co mógł, bo otrzymałam o wiele więcej. Tata też się zmienił. Nie mówię, że po latach ta relacja jest idealna. Ale jest inna. Jak mówił św. Jan od Krzyża - "Gdzie nie ma miłości, połóż miłość, a zdobędziesz miłość".
Kiedy kombinuję coś na własną rękę, często spotykam mur. Mój Ojciec niebieski uczy mnie, żeby przestać działać po swojemu, oddać wszystko Jemu, a puzzle się ułożą, często niemal natychmiast. Cudownie jest móc oddać się w Jego ręce.

Ojcze, powierzam się Tobie. 
Uczyń ze mną, co zechcesz. 
Cokolwiek uczynisz ze mną, dziękuję Ci. 
Jestem gotów na wszystko, 
przyjmuję wszystko, 
aby Twoja wola spełniała się we mnie 
i we wszystkich Twoich stworzeniach. 
Nie pragnę nic więcej mój Boże. 
W Twoje ręce powierzam ducha mego, 
z całą miłością mojego serca. 
Kocham Cię i miłość przynagla mnie, 
by oddać się całkowicie w Twoje ręce, 
z nieskończoną ufnością, 
bo Ty jesteś moim Ojcem.

bł. Karol de Foucauld

niedziela, 15 maja 2016

Krok wiary




Dzisiaj mieliśmy Marsz dla Życia i Rodziny. Prognozy pokazywały, że będzie lać. Nawet nie padać - lać. Godzinę przed marszem dzwonię do ludzi i pytam, czy przyjdą - no i całą gromadą jednogłośnie stwierdziliśmy, że przychodzimy, co tam. Może Pan Bóg się zlituje i ta takie wydarzenie rozpędzi chmury... a jak nie rozpędzi, to i tak przyjdziemy. Kiedy marsz ruszył - wyszło słońce. Czasem trzeba zrobić krok wiary. Albo więcej.
Półtora godziny chodzenia, śpiewania, świadectw, rozmów. Widziałam rodzinkę z miasteczka 40 km stąd - u nich nie ma marszu... jeszcze :) Nasze przedszkolaki w koszulkach malowanych ręcznie przez jedną mamę. Pełno rodzin z dziećmi, ale nie tylko. Taka radosna ewangelizacja. A nie poszłabym, gdyby nie kolega, który gdzieś tam zaczepił na FB - bo zwykle głoszenie Chrystusa to takie małe rzeczy. Może ktoś popatrzył na tych pozytywnych wariatów i coś zaczęło się w nim dziać.
Kiedy wracałyśmy z koleżanką do domu, nad naszym osiedlem już wisiały ciemne chmury...

Według wiary waszej niech wam się stanie!
(Mt 9,29)

wtorek, 3 maja 2016

Panna wierna


Zdj. ze strony polskiekrajobrazy.pl

Kiedy z koleżanką z podstawówki śmigałyśmy po naszych wioskach na rowerach, starałyśmy się skrzętnie omijać zgromadzonych  na modlitwie przy kapliczkach. Cóż, młody był człek...
Wczoraj trafiłam na majowe (u nas, w mieście) - stara melodia, pieśni śpiewane dawno temu w mojej rodzinnej parafii. Poczułam się, jakby Mama chciała, żebym wreszcie przestała latać w tę i z powrotem i usiadła Jej na kolanach. "Panno roztropna..." - Mamuś, potrzebuję roztropności!... "Panno czcigodna..." - ech, że też mnie ciągle kochasz przy moich wyskokach... "Panno wierna..."
Mój tata opowiadał, jak to kiedyś zbierali się na majowe u niego na wsi: przy krzyżu przy ich domu, na drugim końcu wsi i jeszcze przy figurze pośrodku wioski. Rodziny były wielodzietne: u nich szóstka rodzeństwa, gdzieś tam czwórka, piątka. Jak wszyscy zaczęli śpiewać, to niosło się naprawdę daleko.
To były czasy komuny, lata 60. - pewnie ktoś miał nieprzyjemności w pracy czy w szkole. A oni i tak śpiewali. Jak Paweł i Sylas w więzieniu. Chociaż może nawet nie myśleli, że to tak wygląda.

Błogosławiona jesteś, córko, przez Boga Najwyższego,
spomiędzy wszystkich niewiast na ziemi,
i niech będzie błogosławiony Pan Bóg,
Stwórca nieba i ziemi
(...)
Twoja ufność nie zatrze się aż na wieki
w sercach ludzkich wspominających moc Boga.
Niech to sprawi tobie Bóg, abyś była wywyższona na wieki
i ubogacona w dobra,
bo nie szczędziłaś swego życia,
gdy naród nasz był upokorzony,
ale przeciwstawiłaś się naszej zagładzie,
postępując prawą drogą przed Bogiem naszym.

(Jdt 13,18.19-20)